Terry Yegbe miał być jednym z transferowych strzałów Lecha Poznań, ale po bardzo dobrym początku sezonu coraz częściej staje się bohaterem krytycznych analiz. Po meczu z Sunderlandem znów dostało mu się mocno, a część komentatorów otwarcie zaczyna podważać, czy Ghańczyk rzeczywiście daje Kolejorzowi jakość, której po nim oczekiwano.
Latem przy Bułgarskiej wiązano z 25-latkiem duże nadzieje. Miał za sobą grę na poziomie Ligue 1, dobrze wyglądał fizycznie i szybko pokazał kilka atutów, które sugerowały, że może stać się jednym z najlepszych stoperów w lidze.
Pierwsze tygodnie rzeczywiście były obiecujące. Yegbe imponował siłą, dobrze radził sobie w powietrzu i szybko zyskał sympatię kibiców. Z czasem zaczęły jednak pojawiać się błędy, zwłaszcza w europejskich pucharach.
Najbardziej pamiętny był mecz z Crystal Palace, kiedy jego nieudane wznowienie z autu zakończyło się golem dla rywali. Później nie brakowało kolejnych problemów, a Ghańczyk stracił pewne miejsce w podstawowym składzie.
Po remisie 1:1 z Sunderlandem temat wrócił ze zdwojoną siłą.
Łukasz Wiośniowski ocenił, że zawodnik, który na początku robił bardzo dobre wrażenie, dziś wygląda znacznie mniej pewnie.
– Mamy gościa trochę przestraszonego i elektrycznego – stwierdził w Meczykach.
Jeszcze ostrzej wypowiedział się Artur Wichniarek.
– Yegbe to zawodnik mina. Przy nim Skrzypczak wygląda jak profesor – powiedział w Kanale Sportowym.
To mocne słowa, zwłaszcza że Yegbe trafiał do Lecha jako zawodnik mający podnieść poziom defensywy również w Europie.
Sam obrońca po spotkaniu z Sunderlandem nie szukał jednak wymówek. Zwracał uwagę przede wszystkim na funkcjonowanie całej formacji.
– Musimy lepiej się komunikować. Musimy bronić jako zespół – mówił.
Najbliższy mecz Lech rozegra w tę niedzielę. W ramach 12. kolejki Ekstraklasy zmierzy się na wyjeździe z Legią Warszawa.
