W Szczecinie miało być pięknie. Miał być awans na europejskie salony, transferowe fajerwerki i konsekwentnie realizowany plan budowania silnej, medialnej marki. Zamiast tego kibice Pogoni z każdym meczem coraz mocniej zaciskają pięści z bezsilnej złości. Wyniki? Przykro o nich pisać. Gra? To już nawet nie jest sinusoida formy. I coraz ciężej będzie się z tego podnieść.
Tymczasowa zmiana trenera, która trwa zbyt długo
Pożegnanie z Robertem Kolenowiczem miało przynieść wstrząs. Tymczasem jego dotychczasowy asystent, Tomasz Grzegorczyk, wydaje się być bardziej symbolem tymczasowości i niepewności niż realnej zmiany. Zarząd nie obiecuje mu perspektywy, a on sam — i słusznie, bo widzi, że wyniki go nie bronią— nawet się tego nie domaga. W swoich działaniach potwierdza, że jest tu tylko na chwilę, a klub konsekwentnie szuka „tego jedynego”. Wciąż słyszymy, że nowy trener być może przyjdzie w tym tygodniu... chociaż oficjalna strona klubowa milczy.
Porażka z Legią
Nie zmienia się jedno: w grze Pogoni, zarówno pod wodzą Kolenowicza, jak i Grzegorczyka, coraz trudniej dostrzec jakiekolwiek pozytywne sygnały. Ostatnia porażka z Legią Warszawa (0:1), choć wynik sugeruje zaciętą walkę, nie może zamydlić oczu. Szczecinianie otrzymali cios już na początku i w zasadzie już na starcie cały ich plan na mecz legł w gruzach.
„Przyjechaliśmy z określonym planem. Grając na Legii, tracąc bramkę w takich okolicznościach, w 4. minucie, ciężko ten plan dalej realizować. Uważam, że były momenty ku temu, by strzelić bramkę wyrównującą. Choćby dwie sytuacje Musy Juwary czy sytuacja Rajmunda Molnara. Mogliśmy się trochę inaczej zachować, brakowało nam też konsekwencji” – przyznał na konferencji trener Grzegorczyk, dodając, że „to było dość wyrównane spotkanie.”
Szkoda tylko, że takich „wyrównanych” zawodnicy Pogoni mają w tym sezonie zdecydowanie za dużo.
Głośno w mediach, a na boisku... cisza
Patrząc na tabelę, można popaść w zadumę. Dziesięć spotkań i ledwie dziesięć punktów. Bilans bramek 14:19 mówi sam za siebie — defensywa Pogoni przypomina sito, gorzej jest tylko w Katowicach i Gdańsku. W tabeli z kolei niżej są tylko ci, którzy chyba od początku sezonu pogodzili się z walką o utrzymanie, jak Lechia rozpoczynająca sezon z dorobkiem minusowym czy mająca niewielki budżet Termalica Bruk–Bet Nieciecza.
Pogoń, która miała walczyć o puchary, ugrzęzła na trzynastym miejscu, a liczba punktów dorównuje... Widzewowi Łódź. Klubowi, który — podobnie jak Pogoń — sporo zainwestował, liczył na przełom, a też już na początku sezonu pożegnał trenera, bo nie spełnił oczekiwań.
Trudno się dziwić, że w Szczecinie kibice mają dość. Bo są przebłyski dobrej formy zespołu, ale jest takich niewiele. A fakt, że Lechia ma tylko cztery punkty straty do Pogoni, chociaż startowała z dorobkiem minus pięciu oczek, pokazuje, że Duma Pomorza jest w trudnej sytuacji.
Co dalej? Nie wszystko jeszcze stracone!
Czy jedna seria zwycięstw może odmienić los Pogoni? Matematycznie wszystko jest jeszcze możliwe — w tabeli Ekstraklasy różnice punktowe odrywają się od siebie z każdą kolejką bardzo powoli. Wciąż można ruszyć w pościg za europejskimi pucharami, ale wymaga to czegoś więcej niż tylko transferowych wieści.
Tak, budowa zespołu o solidnym fundamencie to proces długotrwały. Tyle że potrzebny jest do niego kierownik budowy, a tego w Szczecinie jeszcze nie ogłoszono.
Kibice mają już dość czekania na przełom i nawet neutralnemu fanowi jest pewnie ich nieco szkoda – wypełniają stadion, dopingują i stworzyli coś w rodzaju mody na Pogoń. Chcą jednak – i trudno się dziwić – konkretów, rozwiązań, chcą wreszcie wiedzieć, kto pociągnie ten rozchwiany wagon. Jeszcze kilka kolejek temu wierzono, że to tylko chwilowy kryzys.
Nie wystarczy „inwestować” — trzeba jeszcze trafiać z decyzjami. W Szczecinie ciągle czekają na trenera. I paradoksalnie właśnie tak wydłużające się „czekanie” najbardziej oddaje dzisiaj klimat wokół Pogoni.
