Nigel Mansell nie gryzie się w język, wspominając złotą erę turbodoładowania w Formule 1. Brytyjczyk przyznaje wprost, że prowadzenie ówczesnych bolidów wymagało niemal całkowitego wyłączenia instynktu samozachowawczego. Każdy przejechany zakręt był igraniem ze śmiercią, a kierowcy musieli przewidywać reakcję maszyny z kilkusekundowym wyprzedzeniem.
Głównym problemem tamtych lat był tzw. turbo lag, czyli gigantyczne opóźnienie w dostarczaniu mocy. Mansell wspomina, że po wciśnięciu gazu nie działo się nic przez trzy sekundy, by nagle, w samym środku łuku, silnik uderzał z pełną siłą. Taka nieprzewidywalność prowadziła do potwornych wypadków, w których on i Keke Rosberg brali udział, gdy moc pojawiała się w najmniej odpowiednim momencie, wyrzucając auto prosto w barierki.
Silniki o mocy 1500 koni i topiące się tłoki
Technologia lat 80. była brutalna i często zawodna. Podczas jednego weekendu w Monako zespół Mansella zużył aż sześć silników, w których dochodziło do detonacji tłoków przez złą jakość paliwa. Jednostki napędowe Hondy generowały wtedy nawet 1500 koni mechanicznych, co sprawiało, że bolidy potrafiły zrywać przyczepność i mielić kołami nawet na szóstym biegu przy prędkościach rzędu 280 kilometrów na godzinę. Była to walka o przetrwanie, za którą zawodnicy płacili najwyższą cenę.
Współczesna Formuła 1, mimo powrotu do turbodoładowania, jest zupełnie innym światem. Choć dzisiejsze bolidy są szybsze dzięki aerodynamice, to dawne potwory wymagały od kierowców specyficznej techniki jazdy. Mansell wspomina swój triumf w Grand Prix Wielkiej Brytanii w 1987 roku, gdy zignorował wskaźniki paliwa i ustawił doładowanie na maksimum, by wyprzedzić Nelsona Piqueta. Tuż po przecięciu linii mety jego Williams stanął w miejscu z pustym bakiem i stopionym tłokiem.
