W poniedziałek Międzynarodowy Komitet Olimpijski tymczasowo zawiesił swoje sankcje wobec Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego i otworzył rosyjskim sportowcom drogę powrotu na igrzyska w Los Angeles w 2028 roku. Decyzja zapadła niecałe dwie doby po rosyjskim ataku na Kijów, w którym zginęły dwadzieścia dwie osoby.
A potem posypało się dokładnie tak, jak można się było spodziewać.
Nie minął dzień, a — jak donosi Sky Sports — FIFA ma „formalnie przedyskutować zniesienie zakazu dla wszystkich rosyjskich reprezentacji". Federacja tłumaczy to ostrożnie, dyplomatycznie: przeanalizuje decyzję MKOl, skonsultuje się z zainteresowanymi stronami, podejmie kolejne kroki. Znamy ten język. To język, którym instytucje mówią, kiedy decyzja już właściwie zapadła, a trzeba jeszcze tylko dobrać odpowiednie słowa.
I tu dochodzimy do rzeczy, którą jako kibice powtarzamy sobie od lat, choć wciąż nie chcemy w nią do końca uwierzyć: FIFA to biznes. Wielki, globalny, świetnie naoliwiony biznes, który z piłką nożną — tą prawdziwą, tą z podwórka, z trawy, z krzyku na trybunie — ma już od dawna coraz mniej wspólnego. To korporacja, która sprzedaje emocje, ale sama żadnych nie ma. A biznes nie zna słowa „nigdy". Zna tylko słowo „jeszcze nie".
Bo prawda jest taka, że sam Gianni Infantino zapowiadał to już w lutym. Powiedział wtedy wprost, że trzeba „rozważyć" ponowne dopuszczenie rosyjskich drużyn, a zawieszenie skwitował zdaniem, które brzmi jak z podręcznika politycznej ekwilibrystyki: że niczego nie osiągnęło, że przyniosło tylko więcej frustracji i nienawiści. Miesiąc temu FIFA przepuściła już rosyjską kadrę do lat piętnastu na młodzieżowy turniej w Azerbejdżanie. Krok po kroku, cichaczem, najpierw dzieci, potem cała reszta. Kto obserwował te sygnały, ten wiedział, że to tylko kwestia czasu. Nikt nie wraca „nagle". Wraca się etapami, żeby świat zdążył się przyzwyczaić.
My, kibice, jesteśmy w tym wszystkim niepoprawnymi romantykami. Chcemy wierzyć, że sport to coś więcej niż tabelka przychodów. Że jest przestrzeń, w której pewne rzeczy są po prostu nie do pomyślenia. Ale między tym, w co wierzymy, a tym, co zrobi federacja, rozciąga się przepaść, której żaden z nas nie zasypie. Możemy wierzyć w jedno. Oni zrobią drugie. I trzeba było się z tym pogodzić dawno temu — że prędzej czy później do tej sytuacji musiało dojść.
Można się było tego spodziewać także po tym, jak wyglądał czas przed samym mundialem, który trwa właśnie teraz w Ameryce Północnej. Jak potraktowano Iran. Jak nie zmienił się stosunek do Izraela, państwa uwikłanego w konflikt na ogromną skalę, którego reprezentacje i kluby ani na moment nie wypadły z piłkarskiego obiegu. Jedni są karani, inni nie. A linia, która oddziela jednych od drugich, rzadko biegnie tam, gdzie moralność. Częściej tam, gdzie interesy.
I tu robi się naprawdę trudno. Bo łatwo jest walnąć pięścią w stół i powiedzieć: precz, wykluczyć, zamknąć drzwi. Ale zaraz potem przychodzi druga myśl, i ona nie daje spokoju.
Bo może sport i piłka nożna naprawdę powinny łączyć? Pamiętajmy, że polityka to jedno, a zwykłe, codzienne życie to coś zupełnie innego. Zapytajmy szczerze: czy znamy wielu ludzi, którzy naprawdę chcą, żeby ich kraj był uwikłany w wojnę? Którzy chcą, żeby ich najbliżsi szli umierać na froncie, podczas gdy w gabinetach toczą się negocjacje o interesach i strefach wpływów? Nie sądzę. Za każdą flagą, którą chcielibyśmy wyprosić ze stadionu, stoją miliony ludzi, którzy tej wojny nie wybierali — chłopak, który chce tylko kopać piłkę, dziewczyna, która chce ją oglądać, ktoś, kto marzy o czymś zupełnie innym niż jego prezydent.
I dlatego złotego środka tu nie ma. Bo jeśli wykluczymy wszystkich, ukarzemy też tych, którzy są równie bezsilni jak my. A jeśli wpuścimy z powrotem — jak zrobi to za chwilę FIFA — to rządzący mogą zrozumieć to opacznie. Mogą pomyśleć: skoro nasza reprezentacja mimo wszystko wciąż gra na wielkich turniejach, skoro nas nadal witają w piłkarskim świecie, to znaczy, że nic się nie zmienia. My zabijamy, a interes zostaje interesem. Trybuny pełne, prawa do transmisji sprzedane, sponsorzy zadowoleni. Nikomu nie drgnęła powieka.
I trudno w tym wszystkim nie czuć zwyczajnego smutku. Że świat nie może być po prostu miejscem, w którym każdy szuka pokoju. W którym proste życie — dach nad głową, bliscy obok, mecz w niedzielę — jest wartością najwyższą, a nie kartą przetargową. W którym każdy dba o siebie, nie krzywdzi innych i pomaga w razie możliwości. I tyle mu wystarcza.
Czy tak nie byłoby lepiej?
Wiem, że to naiwne pytanie. Ale dziennikarz, tak jak kibic, ma prawo być czasem naiwny. Bo w tej naiwności — w upartym wierzeniu, że mogłoby być inaczej — kryje się jedyna rzecz, której żadna federacja nam nie sprzeda i nie odbierze. Nadzieja, że sport wciąż jest o czymś więcej niż o pieniądzach. Nawet jeśli ci, którzy nim rządzą, dawno o tym zapomnieli.
Roman Piech

