Lewis Hamilton odrzucił sugestie, jakoby nowe procedury startowe Formuły 1 na sezon 2026 stanowiły zagrożenie dla bezpieczeństwa. Kierowca Ferrari uważa, że to po prostu inna, dłuższa metoda ruszania z miejsca.
Regulacje na rok 2026 kładą większy nacisk na energię elektryczną i rezygnują z systemu MGU-H. Zmiana ta wymusza na kierowcach utrzymywanie wysokich obrotów silnika spalinowego V6 przez około 10 sekund przed startem, aby odpowiednio rozkręcić turbosprężarki. Andrea Stella z McLarena zaproponował już modyfikację przepisów, która dałaby zawodnikom więcej czasu na przygotowanie się na polach startowych. Ferrari odniosło się do tego pomysłu chłodno, ponieważ zespół z Maranello zaprojektował swoje turbo tak, by szybciej osiągało wymagane parametry.
Hamilton podkreśla, że choć procedura trwa dłużej, nie jest ryzykowna. Brytyjczyk zauważa, że bolid może ruszyć bez pełnego doładowania, choć grozi to kilkukrotnym uruchomieniem systemu anti-stall. Według siedmiokrotnego mistrza świata należy przestać używać słowa niebezpieczeństwo w tym kontekście. FIA została już zapytana przez Ferrari o tę kwestię w 2025 roku i wówczas federacja zapowiedziała, że nie planuje zmian w ustalonych wcześniej zasadach. Kierowcy muszą się więc dostosować do nowych wymagań technicznych jednostek napędowych.
Valtteri Bottas, korzystający z silnika Ferrari w Cadillacu, widzi problem jedynie dla kierowców startujących z końca stawki. Mają oni znacznie mniej czasu na przygotowanie turbiny, gdy światła zaczynają już gasnąć. Fin uważa, że to jedyny realny ból głowy, z którym muszą się zmierzyć inżynierowie i FIA. Jednym z rozważanych kompromisów jest wydłużenie całej procedury startowej o kilka sekund. Pozwoliłoby to zawodnikom z tyłu pola na sprawiedliwą walkę i uniknięcie problemów z mocą w kluczowym momencie rozpoczęcia wyścigu.
