Pep Guardiola, ikona ławki trenerskiej Manchesteru City, w niezwykle szczerej rozmowie podsumował sezon, który dla hegemona Premier League okazał się gorzką pigułką. Brak trofeów, dotkliwa strata do mistrza i bezprecedensowa samokrytyka – Hiszpan nie owijał w bawełnę. Jednocześnie wskazał na kluczową różnicę w kulturze zarządzania między Anglią a jego ojczyzną, gdzie presja wyniku zbiera znacznie szybsze żniwo.
W skrócie:
- Pep Guardiola przyznał, że był to sezon, w którym po raz pierwszy nie potrafił odwrócić złej passy swojego zespołu.
- Stwierdził, że w klubach takich jak FC Barcelona czy Real Madryt zostałby zwolniony już jesienią po tak słabych wynikach.
- Mimo rozczarowującego sezonu, Manchester City w geście zaufania przedłużył z nim kontrakt aż do 2027 roku.
Guardiola bez hamulców: "W Realu lub Barcelonie już by mnie nie było!"
Sezon, który miał być kolejnym pokazem siły, zamienił się w pasmo rozczarowań. Manchester City zakończył rozgrywki ligowe dopiero na trzecim miejscu, tracąc do triumfującego Liverpoolu aż 13 punktów. Dla drużyny przyzwyczajonej do seryjnego wygrywania to wynik, który boli nie tylko kibiców, ale przede wszystkim samego architekta tych sukcesów. W wywiadzie dla „DAZN” Pep Guardiola dokonał brutalnie szczerej analizy.
"Zawsze byłem w stanie odwrócić losy, gdy coś szło nie tak – ale w tym roku po prostu mi się to nie udało" – przyznał 54-letni menadżer, nie szukając wymówek.
To rzadki obrazek, gdy trener jego kalibru z taką otwartością mówi o własnej niemocy. Jednak to, co powiedział później, wywołało jeszcze większe poruszenie. Guardiola jest przekonany, że w realiach hiszpańskiego futbolu jego posada wisiałaby na włosku.
"Gdybyśmy zanotowali taki sezon w Hiszpanii, w październiku, listopadzie czy grudniu nie byłbym już trenerem. Barcelona lub Real Madryt by mnie zwolniły, ale tutaj taki temat nigdy nawet nie był przedmiotem dyskusji" – powiedział Katalończyk.
Angielska cierpliwość kontra hiszpańska gilotyna
Ta wypowiedź doskonale pokazuje fundamentalną różnicę w filozofii prowadzenia klubu. Podczas gdy na Półwyspie Iberyjskim "gorące krzesło" trenera może zapłonąć po kilku słabszych meczach, w Manchesterze postawiono na stabilizację i długofalowy projekt. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że w połowie tego właśnie, nieudanego sezonu, klub zdecydował się przedłużyć umowę z Guardiolą aż do 2027 roku. To gest, jakiego sam szkoleniowiec nie mógłby sobie wyobrazić w poprzednich miejscach pracy.
Hiszpan popiera takie podejście i przywołuje ciekawy przykład, by zobrazować swoją tezę.
"Powinno się mieć trochę więcej cierpliwości. Ancelotti przecież też dopiero co wygrał Ligę Mistrzów i ligę, a teraz prowadzi reprezentację Brazylii" – stwierdził, sugerując, że zaufanie i czas pozwalają osiągnąć najwyższe cele. Jak sam podsumował: "Dobre rzeczy wymagają czasu, nawet w Anglii".
To jasny sygnał, że mimo chwilowego potknięcia, City i Guardiola wciąż mają apetyt na zdominowanie piłkarskiej Europy.
