Najnowsze wytyczne dotyczące Mistrzostw Świata 2026 zakładają, że w każdym meczu pojawią się co najmniej dwie obowiązkowe przerwy na schładzanie organizmów zawodników. Każdy taki postój ma trwać około 3 minuty, co w skali całego turnieju generuje potężny zasób czasu. Obliczenia wskazują, że łącznie da to około 10 dodatkowych godzin, które zostaną wypełnione przekazami marketingowymi.
Organizatorzy w planowanych przerwach na wodę upatrują szansy na rekordowe przychody, wykorzystując fakt, że naturalne przerwy w grze są najbardziej pożądanym czasem dla reklamodawców.
Kalkulacja ta opiera się na prostym mechanizmie: krótkie zatrzymanie spotkania, niezbędne dla regeneracji sportowców, staje się idealnym momentem na bloki reklamowe, które do tej pory były ograniczone głównie do przerw między połowami. W kontekście globalnego zasięgu imprezy, każda minuta takiego czasu jest warta miliony dolarów, co czyni z przerw na wodę jeden z najbardziej dochodowych elementów nadchodzącego czempionatu.
Wprowadzenie tych rozwiązań nie jest jednak przypadkowe i wynika z realnego zagrożenia, jakie niosą ze sobą czerwiec oraz lipiec w Ameryce Północnej. Analizy historycznych danych meteorologicznych (2003–2022) dla 16 miast-gospodarzy są alarmujące – w większości lokalizacji popołudniowe temperatury regularnie przekraczają 28°C, a w ośrodkach takich jak Monterrey czy Miami, mogą sięgać nawet poziomu bliskiego 40°C na samej murawie.
Związki zawodowe FIFPRO otwarcie mówią o „ekstremalnie wysokim” ryzyku stresu cieplnego dla zawodników. Bez odpowiedniej liczby przerw, mecze rozgrywane w takich miastach jak Dallas, Houston czy Kansas City mogłyby kończyć się dla sportowców odwodnieniem lub udarami cieplnymi.
FIFA, chcąc uniknąć powtórki problemów z Klubowych Mistrzostw Świata 2025, stawia na stadiony z rozsuwanymi dachami i klimatyzacją, traktując jednak przerwy na schładzanie jako obowiązkowy standard, który jednocześnie stanowi solidny fundament pod dodatkowe zyski z reklam.
