Igor Jovićević pozostaje bez klubu, chociaż formalnie nadal jest pracownikiem Widzewa. Zainteresowanie jego usługami rozbija się o finansowe oczekiwania, które skutecznie odstraszają potencjalnych pracodawców.
Kadencja Chorwata w Łodzi dobiegła końca po odpadnięciu z Pucharu Polski po porażce z GKS-em Katowice. Ławkę trenerską przejął po nim Aleksandar Vuković, jednak klub nie zdecydował się na formalne rozwiązanie kontraktu z poprzednikiem. Powód jest prozaiczny: ewentualne zerwanie umowy wiązałoby się z koniecznością wypłaty Jovićeviciowi pełnej kwoty odprawy.
Widzew przyjął więc strategię wyczekiwania, pozostawiając szkoleniowca w swoich szeregach de facto bez żadnych obowiązków.
Sytuacja nie jest komfortowa dla żadnej ze stron. Chorwat, choć regularnie otrzymuje wynagrodzenie, traci czas i rynkową wartość, tkwiąc w stanie zawieszenia. Jego otoczenie ma być świadome tego dylematu i — według dostępnych informacji — aktywnie poszukuje rozwiązania, które pozwoliłoby trenerowi wrócić do czynnej pracy. Widzew jednak nie zamierza ustępować i odrzuca scenariusz kosztownego rozstania.
W ostatnim czasie coraz głośniej spekuluje się o możliwym powrocie Jovićevicia do Lwowa — miasta, z którym ma już historyczne związki, gdyż prowadził Karpaty jako tymczasowy szkoleniowiec. Spekulacjom towarzyszą jednak też twarde fakty, które trudno zignorować.
Cyrektor generalny Karpat Andrij Rusol był niegdyś współpracownikiem Chorwata w Dnipro-1, jednak ich rozstanie zakończyło się sądowym sporem o odszkodowanie, który trener wygrał. Taki bagaż trudno zignorować przy negocjacyjnym stole.
Co więcej, mówi się o tym, że chociaż wstępne zainteresowanie mogło istnieć, konkretna oferta do Łodzi nie wpłynęła. A gdyby nawet było inaczej, poprzeczka finansowa wydaje się być ustawiona przez szkoleniowca bardzo wysoko. Według ukraińskich źródeł, Jovićević oczekuje pięciu milionów euro na transfery oraz dwóch milionów euro rocznie na utrzymanie sztabu szkoleniowego. To oczekiwania, które mogą skutecznie ograniczać krąg potencjalnych pracodawców.
