Formuła 1 znalazła się w pułapce własnych przepisów. Podczas kwalifikacji w Japonii doszło do kuriozalnej sytuacji, w której maksymalny atak na czas skutkował gorszym wynikiem na mecie. Kierowcy tacy jak Carlos Sainz czy Fernando Alonso wprost przyznają, że obecna technologia hybrydowa zabija ducha sportu i promuje jazdę na pół gwizdka.
Problem leży w systemach odzyskiwania energii. Na torach takich jak Suzuka, gdzie brakuje mocnych stref hamowania, baterie nie nadążają z ładowaniem. Efekt? Kierowcy muszą odpuszczać gaz w szybkich zakrętach, aby mieć prąd na prostych. Carlos Sainz z Williamsa wyjaśnił to brutalnie: im szybciej pokonywał łuki, tym wolniejszy był na prostych, bo silnik przechodził w tryb ładowania. Hiszpan w Q2 pojechał szybciej w każdym zakręcie, a i tak stracił jedną dziesiątą sekundy do poprzedniego wyniku.
Algorytmy zamiast talentu
Fernando Alonso uważa, że rola kierowcy została zmarginalizowana. Szybkie zakręty stały się „stacjami ładowania”, a o wszystkim decyduje oprogramowanie uczące się toru. Każdy błąd, jak uślizg tyłu u Lewisa Hamiltona czy Charlesa Leclerca, natychmiast rozregulowuje algorytm jednostki napędowej. Hamilton stracił przez to aż 0,25 sekundy na prostej, bo system błędnie przeliczył zapotrzebowanie na energię. Siedmiokrotny mistrz świata nie kryje pesymizmu przed nadchodzącymi rozmowami o zmianach w przepisach.
FIA próbuje ratować sytuację, obniżając limity energii, ale Lando Norris twierdzi, że obecny stan „rani duszę” sportowca. Kierowcy domagają się od federacji radykalnych kroków przed Grand Prix Miami. Sainz sugeruje nawet, że woli być dwie sekundy wolniejszy, byle móc prowadzić bolid w sposób naturalny. Na razie jednak o wynikach decyduje nie odwaga w szybkich łukach, lecz matematyczna kalkulacja komputera ukrytego wewnątrz hybrydowego silnika.
