Max Verstappen nie kryje pogardy dla nowych przepisów F1 na sezon 2026, co budzi ogromny niepokój w obozie Red Bulla. Zespół musi znaleźć sposób, by zatrzymać sfrustrowanego lidera przed odejściem.
Czterokrotny mistrz świata porównuje nadchodzące konstrukcje do bolidów Formuły E, co stawia stajnię z Milton Keynes w trudnym położeniu. Pierre Wache, dyrektor techniczny Red Bulla, stawia sprawę jasno: jedynym sposobem na uszczęśliwienie Holendra jest dostarczenie mu najszybszego auta w stawce. Inżynier podkreśla, że jego zadaniem nie jest dbanie o humor kierowcy, lecz budowa narzędzia pozwalającego wygrywać wyścigi. Według Wache kwestia akceptacji zarządzania energią i wolniejszych o 50 km/h maszyn leży po stronie FIA oraz właścicieli praw komercyjnych.
Sytuacja staje się napięta, bo analiza zespołu wskazuje obecnie, że Red Bull zajmuje dopiero czwarte miejsce w układzie sił, tracąc do Ferrari, Mercedesa i McLarena. Choć rywale sugerują, że nowa jednostka napędowa Red Bulla wyprzedza konkurencję pod względem stabilności oddawania energii, Wache tonuje nastroje. Zespół skupia się na poprawie osiągów RB22, ignorując gierki psychologiczne Mercedesa dotyczące trików z kompresją silnika. Verstappen już wcześniej wykazywał znużenie Formułą 1, angażując się w wyścigi simracingowe, więc brak konkurencyjnego bolidu może ostatecznie skłonić go do zmiany barw.
W padoku trwa festiwal maskowania tempa, a Aston Martin pozostaje jedynym zespołem, który prawdopodobnie nie ukrywa swoich kart. Mercedes i McLaren głośno komplementują silnik Red Bulla, co może być jedynie próbą odwrócenia uwagi od własnych atutów. Dla stajni z Austrii kluczowe pozostaje odzyskanie pozycji lidera przed wejściem w nową erę technologiczną. Jeśli plan Wache zawiedzie i zwycięstwa nie zaczną spływać regularnie, Red Bull może stracić swoją największą gwiazdę, która już teraz otwarcie poddaje w wątpliwość sens dalszych startów w obliczu nadchodzących zmian.
