Decyzja o przeniesieniu „domowych” meczów reprezentacji Ukrainy z Polski do Hiszpanii może okazać się złą decyzją naszych wschodnich sąsiadów. Choć zmiana lokalizacji miała być ruchem strategicznym, obecnie wszystko wskazuje na to, że w Walencji to przeciwnik gospodarzy będzie mógł liczyć na większe wsparcie z trybun.
Dotychczasowa praktyka rozgrywania meczów przez Ukraińców na terytorium Polski została przerwana przez specyficzny układ drabinki barażowej. Obawa przed ewentualnym finałowym starciem z Biało-Czerwonymi, w którym Polacy – mimo statusu gości – czuliby się jak u siebie, skłoniła ukraińską federację do poszukiwania neutralnego gruntu w Hiszpanii. Okazuje się jednak, że ten manewr może przynieść odwrotny skutek od zamierzonego. W Walencji nie jest spodziewany komplet publiczności, a co gorsza dla nominalnych gospodarzy, zainteresowanie biletami wśród ukraińskich kibiców jest rozczarowujące.
Sytuację zamierzają wykorzystać przyjezdni. Szacuje się, że na hiszpańskim stadionie pojawi się około 5000 fanów ze Szwecji, co przy niskiej mobilizacji Ukraińców może stworzyć atmosferę sprzyjającą Skandynawom. Zamiast bezpiecznego azylu, Ukraina przygotowała sobie grunt, na którym to Szwedzi mogą przejąć inicjatywę nie tylko na boisku, ale i na trybunach, stawiając pod znakiem zapytania sens ucieczki z polskich obiektów.
Problemy organizacyjne to tylko wierzchołek góry lodowej, z którą mierzy się sztab szkoleniowy. Reprezentacja Ukrainy zmaga się z poważnymi brakami kadrowymi. Plaga kontuzji wymusza na trenerze eksperymentalne rozwiązania. Sytuację komplikuje dodatkowo sytuacja kartkowa. Aż pięciu kluczowych zawodników jest zagrożonych pauzą w potencjalnym finale ze względu na zgromadzone kartoniki.
Stawka czwartkowego pojedynku jest ogromna, ponieważ zwycięzca tej pary zmierzy się z triumfatorem meczu Polska-Albania. Wygrany z tego decydującego starcia zapewni sobie bilet na tegoroczny mundial, który gościć będą USA, Meksyk oraz Kanada.
