Max Verstappen przeżył prawdziwy koszmar podczas kwalifikacji do Grand Prix Japonii. Czterokrotny mistrz świata zakończył udział w sesji już na etapie Q2, co dla ekipy Red Bulla jest wynikiem wręcz niewytłumaczalnym. Holender wystartuje do niedzielnego wyścigu dopiero z jedenastego pola, ustępując miejsca nawet debiutantom. To jeden z najgorszych momentów w jego karierze, a frustracja kierowcy sięgnęła zenitu tuż po wyjściu z kokpitu bolidu RB22.
Problemy zaczęły się nagle, a samochód stał się nieprzewidywalny w najmniej odpowiednim momencie. Verstappen zgłaszał swojemu inżynierowi, Gianpiero Lambiase, że tył auta podskakuje przy wysokich prędkościach, co uniemożliwia jakąkolwiek walkę o czas. Mistrz świata przegrał rywalizację o awans do czołowej dziesiątki z Arvidem Lindbladem z Racing Bulls. Różnica była bolesna, a Holender przyznał wprost, że maszyna stała się nagle całkowicie nieprowadzalna i nie dawała mu żadnej pewności w zakrętach.
Zapaść formy Red Bulla na torze Suzuka
Sytuacja w garażu Red Bulla wygląda na krytyczną, ponieważ zespół nie potrafi zdiagnozować źródła kłopotów. Verstappen podkreślił, że mimo licznych zmian w ustawieniach wprowadzanych przez cały weekend, bolid zachowywał się gorzej niż w sesjach treningowych. Co gorsza, usterki nie dotyczą jednostki napędowej, lecz samej konstrukcji mechanicznej auta. Kierowca zauważył, że od czasu wyścigu w Melbourne zespół traci tempo, mimo że teoretycznie nie dokonywano w samochodzie drastycznych modyfikacji.
Reakcja Verstappena na te wydarzenia jest wyjątkowo chłodna i daje do myślenia. Kierowca stwierdził, że nie czuje już nawet frustracji, bo jest na etapie, którego nie potrafi nazwać. Brak emocji u zawodnika słynącego z waleczności może świadczyć o głębokim kryzysie wewnątrz stajni z Milton Keynes. Choć Holender liczy na poprawę sytuacji w nadchodzących miesiącach, niedzielny wyścig na jego ulubionym torze Suzuka zapowiada się jako walka o przetrwanie w środku stawki.
