Szymon Marciniak przed wylotem na mundial. Nie przebierał w słowach!

Maksymilian KotowskiMaksymilian Kotowski
2 czerwca 2026 14:32
Szymon Marciniak przed wylotem na mundial. Nie przebierał w słowach!

Z okazji Dnia Dziecka Szymon Marciniak udzielił TVPSPORT.PL wyjątkowo szczerego wywiadu, w którym sędzia trzech wielkich finałów cofnął się do czasów, gdy największym zmartwieniem było dla niego wieczorne wołanie rodziców do domu.

Zanim Szymon Marciniak dołączył do wąskiego grona arbitrów, których nazwiska zna cały futbolowy świat, był po prostu żywym chłopcem, dla którego największym codziennym problemem było usłyszenie wieczornego wołania rodziców. Sędzia wspomina dzieciństwo spędzane na podwórkach, boiskach i trzepakach — w czasach bez telefonów, smartfonów i tabletów. Zdaniem arbitra brak tych urządzeń miał swoją zaletę: dzieci uczyły się rozmawiać, budować prawdziwe relacje i odróżniać, z kim czują się dobrze, a z kim nie.

To właśnie z tamtego doświadczenia wyrasta jego diagnoza dotycząca współczesności. 

„Kiedyś trzeba było dzieci wyganiać z boisk do domu, teraz wiele dzieci trzeba wyganiać z domu na boiska" — zauważa Marciniak, dla którego aktywność fizyczna pozostaje fundamentem zdrowego dorastania.

REKLAMA

Sielankowy obraz tamtych lat sędzia szybko jednak studzi opowieściami o własnych potknięciach. Mając niespełna trzy lata, odkręcił boczne kółka w rowerku i runął na torach tak mocno, że głowa spuchła mu do dwukrotnych rozmiarów. Innym razem wszedł na drzewo tam, gdzie nie powinien — upadek zakończył się rozcięciami ciała i szpitalnymi szwami. Marciniak przyznaje, że grzecznym dzieckiem nie był, a swoim zachowaniem potrafił nastawić przeciwko sobie nauczycieli. W tamtej rzeczywistości oznaczało to linijkę po dłoniach czy ciągnięcie za baczki — dziś nie do pomyślenia, wtedy jednak mieszczące się w obowiązujących normach. Mimo to bilans podsumowuje krótko: „Niczego nie żałuję".

Najmocniejszych słów arbiter użył, mówiąc o zjawisku, które łączy doświadczenia dzieci i sędziów — o hejcie. Marciniak nie owija w bawełnę: „Hejt to zło". W jego ocenie hejtują wyłącznie ludzie głupi lub niezbyt mądrzy i słabi, którzy w atakowaniu innych szukają złudnego lekarstwa na własne kompleksy. Hejt nazywa dowodem nie siły, lecz tchórzostwa i braku elementarnej kultury — szczególnie u tych, którzy odwagę odnajdują dopiero w anonimowości przed komputerem.

Sędzia tłumaczy, że arbitrów atakuje się najczęściej z niewiedzy o przepisach gry i z niezrozumienia podejmowanych decyzji. Doświadczeni są już na to uodpornieni, lecz młodzi — podobnie jak hejtowane dzieci — odczuwają ciosy boleśnie. Stąd jego rada: otaczać się ludźmi pozytywnymi, a hejterów zostawiać jak najdalej za sobą.

Rozmowa zeszła nawet na język młodego pokolenia. Skoro „sigma" oznacza dobrego kolegę, Marciniak nie miał wątpliwości, jak określić jego przeciwieństwo: „hejtera można śmiało nazwać dupkiem", dodając przy tym, że „dupek to i tak łagodne określenie dla kogoś, kto hejtuje innych".

Filozofia, którą sędzia chce przekazać najmłodszym, opiera się na dwóch filarach: „warto mieć marzenia i warto w siebie wierzyć". Marzeń, jak przekonuje, nie należy się obawiać — „Nie ma się czego bać, marzenia to czysta przyjemność". Równie ważne miejsce zajmują w jego opowieści porażki, które traktuje nie jako wyrok, lecz wskazówkę pokazującą najsłabszy punkt do poprawy.

Marciniak mówi o tym z pozycji człowieka, który sam musiał analizować błędy, by sięgnąć po największe sukcesy. Przyznaje wprost, że bez rozliczenia wcześniejszych potknięć nie dotarłby ani do finału mistrzostw świata, ani do finału Ligi Mistrzów. Dla równowagi przypomina, że pomyłki są udziałem nawet największych — pudłował Michael Jordan, mylił się Pierluigi Collina, mylił się i on sam. Całość zamyka w prostej zasadzie: „przewróciłeś się, to wstań i biegnij dalej, nadal masz szanse. Jeśli przewrócisz się i będziesz leżeć, szanse uciekną".

Wątkiem, który nadaje rozmowie osobisty wymiar, jest rodzina. Marciniak jest dziś ojcem dwojga dorastających dzieci — 23-letniego syna i 14-letniej córki — z których jest dumny przede wszystkim dlatego, że są samodzielne, pogodne i pozytywnie nastawione do życia.

Mundial w Ameryce oznacza jednak rozłąkę, która może potrwać nawet ponad półtora miesiąca. Sędzia traktuje ją spokojnie: podobnie długie wyjazdy wiązały się już z turniejami w Katarze, we Francji i w Niemczech, a rodzina nauczyła się sobie z nimi radzić. Kontakt zapewnią rozmowy przez komunikatory z włączoną kamerą, a jeśli na boiskach zacznie dziać się coś dużego, jest spora szansa, że bliscy odwiedzą go również za oceanem.

Udostępnij artykuł:

Komentarze (0)

Publikując komentarz, zgadzasz się na przetwarzanie podanej nazwy i treści, które będą widoczne publicznie. Zobacz Politykę prywatności.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!