To był tydzień skrajnych emocji w hiszpańskiej LaLiga. Podczas gdy jedni płaczą po niespodziewanym spadku, inni celebrują sukces, który według wszelkich statystyk nie miał prawa się wydarzyć. Getafe wyrasta na największego wygranego sezonu, a Girona Michel Sancheza musi zmierzyć się z brutalną rzeczywistością zaplecza elity.
Getafe pod wodzą Jose Bordalasa dokonało niemożliwego, zajmując 7. miejsce i gwarantując sobie start w Lidze Konferencji. Drużyna z przedmieść Madrytu, często porównywana do fizycznego Stoke City, osiągnęła to przy minimalnych wydatkach. W czasie drugiej kadencji Bordalasa klub wypracował 38 mln euro zysku z transferów. Defensywa Getafe była niemal nie do przejścia – stracili tylko 38 bramek, co jest wynikiem gorszym jedynie od Realu Madryt i Barcelony. Kibice na stadionie skandowali nazwisko trenera, który oficjalnie został ogłoszony adoptowanym synem miasta.
Upadek katalońskiego snu i błysk geniuszu w cieniu spadku
Zupełnie inne nastroje panują w Gironie. Michel Sanchez przyznał, że czuje się winny i odpowiedzialny za spadek do Segunda Division. Kluczowa okazała się kontuzja Vladyslava Vanata w kwietniu – bez niego zespół nie wygrał żadnego z ostatnich ośmiu meczów. Choć Thomas Lemar był bliski uratowania ligi, trafiając w poprzeczkę w decydującym momencie, Girona nie zdołała odrobić strat. Dyrektor sportowy Quique Carcel musi zmierzyć się z krytyką po nieudanych transferach Bojana Miovskiego i Abela Ruiza, którzy nie zastąpili skutecznie Artema Dovbyka.
Na zakończenie sezonu kibice zobaczyli jednak coś wyjątkowego w meczu Espanyolu. Pere Milla popisał się zagraniem, które natychmiast przywołało wspomnienia legendarnego gola Dennisa Bergkampa przeciwko Newcastle. 33-latek w niesamowity sposób obrócił się z piłką, mijając obrońców Realu Sociedad, a następnie wyłożył futbolówkę Roberto Fernandezowi. Choć mecz nie miał wielkiej stawki, ta akcja została okrzyknięta asystą sezonu, przypominając, że w hiszpańskim futbolu piękno potrafi objawić się w najmniej oczekiwanych momentach.
