Jonathan Wheatley wyrastał na centralną postać nowego projektu Audi w Formule 1, ale jego przygoda zakończyła się szybciej, niż ktokolwiek przypuszczał. Po dwóch dekadach sukcesów w Red Bullu miał objąć stery jako szef zespołu. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna. Mattia Binotto, stojący na czele całego przedsięwzięcia, swoimi ostatnimi wypowiedziami zasugerował, że wizja roli Wheatleya znacząco odbiegała od tego, czego spodziewał się sam zainteresowany przed przeprowadzką do Szwajcarii.
Binotto postawił sprawę jasno i ogłosił, że Audi nie szuka nowego szefa zespołu w miejsce Wheatleya. Włoch zamierza samodzielnie piastować to stanowisko, szukając jedynie wsparcia operacyjnego na weekendy wyścigowe. Taka struktura sprowadzała Wheatleya do roli przedstawiciela torowego, a nie faktycznego lidera z pełną decyzyjnością. Dla człowieka, który przez lata obserwował rządy Christiana Hornera w Red Bullu, degradacja do roli asystenta Binotto mogła być nie do zaakceptowania.
Konflikt wizji i niespodziewany kierunek transferu
Odejście Wheatleya zszokowało nawet kierowców, w tym Nico Hulkenberga, który o sprawie dowiedział się z mediów. Binotto bagatelizuje jednak stratę, twierdząc, że sukces zależy od zespołu, a nie od jednostek. To uderzające słowa wobec menedżera, który zasłynął twardymi negocjacjami z dyrekcją wyścigową podczas GP Abu Zabi w 2021 roku. Wszystko wskazuje na to, że po okresie wypowiedzenia Wheatley dołączy do Aston Martin, gdzie prawdopodobnie otrzyma zakres władzy, którego odmówiono mu w Audi.
Obecnie Binotto skupia się na transformacji fabryki, przyznając, że projekt wymaga gruntownych zmian, a nie tylko rozwoju. W tym układzie sił Wheatley stał się zbędny, zanim na dobre zaczął pracę. Włoch, znany z łączenia wielu funkcji jeszcze za czasów pracy w Ferrari, ponownie kumuluje władzę w swoich rękach. Dla ambitnego Wheatleya, który liczył na realny awans zawodowy, rola „wspierająca” okazała się zbyt ciasna, co ostatecznie doprowadziło do głośnego rozstania przed GP Japonii.
