To był jeden z tych wieczorów w Orlen Superlidze, o których mówi się jeszcze długo po ostatnim gwizdku. PGE Wybrzeże Gdańsk wygrało na wyjeździe z KGHM Chrobrym Głogów 26:25, a o wszystkim zdecydował rzut wolny po końcowej syrenie. Piłkę w ręce wziął Tomasz Gębala – i nie pomylił się.
Gospodarze mieli ten mecz pod kontrolą przez długie fragmenty. Dysponowali świetnie broniącym Rafałem Stacherą, efektownymi akcjami w ataku i kilkubramkową przewagą. Jeszcze w drugiej połowie Chrobry prowadził 21:18 i wydawało się, że dowiezie zwycięstwo.
Spotkanie od pierwszych minut było widowiskowe. Gębala rozpoczął je kapitalnie – na siedem pierwszych bramek Wybrzeża aż pięć padło z jego udziałem. Wykorzystywał przewagę fizyczną nad obrońcami, a goście szybko wyszli na prowadzenie 7:4. W 12. minucie potrzebował jednak pomocy medycznej, choć później wrócił na parkiet.
Bramkarze obu drużyn mieli sporo pracy. Oprócz Stachery dobrze prezentował się Mateusz Zembrzycki, szczególnie przy rzutach karnych. Kibice zobaczyli też efektowne zagrania – rzut tyłem Jakuba Orpika czy „no look pass” Wojciecha Dadeja podgrzały atmosferę w hali.
Nie brakowało również kontrowersji. Faul Krzysztofa Żyszkiewicza zakończył się bezpośrednią czerwoną kartką, co wywołało spore emocje na trybunach. Z czasem także Wybrzeże musiało radzić sobie w osłabieniu – czerwoną kartkę obejrzał Nejc Zmavc.
W końcówce emocje sięgnęły zenitu. Na minutę przed końcem był remis 25:25. Wydawało się, że o wszystkim zadecydują rzuty karne, ale stało się inaczej. Po końcowej syrenie sędziowie podyktowali rzut wolny dla gości. Do piłki podszedł Gębala i pewnym rzutem ustalił wynik na 26:25.
Dla PGE Wybrzeża to niezwykle cenne zwycięstwo, wyszarpane w dramatycznych okolicznościach. A dla Chrobrego – bolesna lekcja, że w piłce ręcznej mecz trwa do ostatniego rzutu.
