Mistrzostwa Świata 2026 brutalnie obnażyły słabość piłkarskich supermocarstw. Brazylia, Niemcy, Portugalia i Turcja przyjechały po złoto, a wyjechały z bagażem trudnych pytań i zrujnowaną reputacją. To koniec pewnej ery.
Brazylia miała odzyskać blask dzięki Carlo Ancelottiemu, który miał połączyć europejską dyscyplinę z południowoamerykańską fantazją. Zamiast tego kibice oglądali zespół bez pomysłu, w którym Vinicius Junior był kompletnie odizolowany na skrzydle. Choć indywidualne błyski Gabriela Martinelliego i Casemiro pozwoliły przepchnąć mecz z Japonią, strukturalne braki były aż nadto widoczne. Ancelotti nie potrafił przełożyć sukcesów klubowych na kadrę, a Brazylia po raz kolejny udowodniła, że sama renoma nie wygrywa już meczów na tym poziomie.
Niemiecki projekt w ruinie i chaos w Turcji
Dla Niemców turniej zaczął się od efektownego 7:1 z Curacao, co okazało się jedynie zasłoną dymną dla głębokiego kryzysu. Drużyna, która kiedyś seryjnie meldowała się w półfinałach, odpadła po rzutach karnych z Paragwajem. To już trzeci z rzędu mundial, na którym Niemcy zawodzą na całej linii. Brak czystego konta w meczach z poważnymi rywalami i fatalna skuteczność w kluczowych momentach pokazują, że niemiecki futbol potrzebuje całkowitego resetu, a nie tylko kosmetycznych zmian w składzie.
Równie dramatycznie wyglądała sytuacja Portugalii i Turcji. Roberto Martinez nie potrafił stworzyć spójnego systemu, a obecność Cristiano Ronaldo wymuszała taktyczne kompromisy, które hamowały płynność gry w ataku. Z kolei Turcja pod wodzą Vincenzo Montelli rozpadła się od środka. Jak przyznawali sami Turcy, kampania „ssala” bardziej przez fatalne zarządzanie i pozaboiskowy hałas niż przez brak umiejętności zawodników. Chaos w przygotowaniach i niepopularne decyzje sprawiły, że zespół nigdy nie poczuł się pewnie na amerykańskiej ziemi.
