Formuła 1 stoi przed ogromnym wyzwaniem związanym z nowymi przepisami na sezon 2026. Zespoły obawiają się, jak nowe konstrukcje zachowają się w deszczu, ponieważ niemal nikt nie testował ich w trudnych warunkach.
Kluczowym problemem jest nowa jednostka napędowa, w której aż 50 procent mocy pochodzi z silników elektrycznych. Alan Permane z Racing Bulls przyznaje, że system MGU-K jest tak potężny, że pozwala wyhamować bolid z 330 km/h do 50 km/h niemal bez użycia tylnych hamulców. Na mokrej nawierzchni tak gwałtowne odzyskiwanie energii może całkowicie zdestabilizować auto. Inżynierowie muszą wybierać między agresywnym ładowaniem baterii a ryzykiem utraty kontroli nad pojazdem, co przy braku części zamiennych jest kosztowną grą.
Podczas testów w Bahrajnie i Barcelonie pogoda sprzyjała jeździe po suchym asfalcie, przez co kierowcy nie znają limitów przyczepności. Oliver Bearman z Haasa przyznał, że jeździł nowym autem w deszczu tylko w Fiorano, ale było to jedynie powolne sprawdzanie systemów. Planowane testy Pirelli w Bahrajnie na sztucznie zalanym torze nie rozwiążą problemu, ponieważ zostaną przeprowadzone na starych modelach aut. Prawdziwe bolidy na sezon 2026 pozostają wielką zagadką w kontekście zachowania podczas przyspieszania i hamowania na śliskiej nawierzchni.
Dodatkową trudność sprawia aktywna aerodynamika, która w trybie deszczowym ma być częściowo lub całkowicie wyłączona. Jeśli systemy będą zbyt agresywnie odzyskiwać energię, bolidy staną się nieprzewidywalne. Zespoły takie jak Red Bull i Ferrari jako jedyne zaryzykowały jazdę w deszczu podczas testów w Barcelonie, podczas gdy reszta stawki uznała to za zbyt niebezpieczne. Brak danych o pracy opon i systemów elektrycznych w niskiej przyczepności sprawia, że pierwsze deszczowe Grand Prix w 2026 roku może przynieść wiele kosztownych błędów.
