Wielokrotny mistrz Polski jest dziś wart mniej niż Zagłębie Lubin. W zestawieniu wartości rynkowych PKO BP Ekstraklasy na sezon 2026/27 Legia Warszawa zajmuje dopiero ósme miejsce — z kwotą 17,70 mln euro. To nie wypadek przy pracy. To rachunek za lata życia na kredyt i za wyprzedaż, w której z Łazienkowskiej wychodzą kolejni najlepsi.
Liga ucieka do przodu, Legia zostaje w tyle
Wystarczy spojrzeć na czubek zestawienia Transfermarkt, żeby zrozumieć skalę dystansu. Liderem jest mistrzowski Lech Poznań (57,60 mln euro), za nim Widzew Łódź (40,30 mln euro) i Raków Częstochowa (40,25 mln euro). Dalej Górnik Zabrze (30,08 mln euro), Cracovia (22,63 mln euro) i Jagiellonia Białystok (22,20 mln euro). Legię wyprzedza nawet Zagłębie Lubin (18,20 mln euro).
| Miejsce | Klub | Wartość rynkowa |
|---|---|---|
| 1 | Lech Poznań | 57,60 mln € |
| 2 | Widzew Łódź | 40,30 mln € |
| 3 | Raków Częstochowa | 40,25 mln € |
| 4 | Górnik Zabrze | 30,08 mln € |
| 5 | Cracovia | 22,63 mln € |
| 6 | Jagiellonia Białystok | 22,20 mln € |
| 7 | Zagłębie Lubin | 18,20 mln € |
| 8 | Legia Warszawa | 17,70 mln € |
Dla klubu, który przez dekady był finansowym hegemonem polskiej piłki, ósme miejsce to nie spadek formy — to zmiana pozycji w hierarchii. Konkurenci budują wartość, sprzedają drożej i zatrzymują swoje talenty na dłużej. Legia robi coś odwrotnego.
Najlepiej widać to na jednym przykładzie. Trójka najskuteczniejszych zawodników Legii z sezonu 2024/25 — Ryoya Morishita, Marc Gual i Luquinhas — odpowiadała za dziesiątki bramek i asyst. Dziś żadnego z nich nie ma w klubie.
Latem 2025 z Warszawy odeszli m.in. Jan Ziółkowski (do AS Romy za około 6,6 mln euro), Maxi Oyedele (do Strasbourga za 6 mln euro) i Ryoya Morishita (do Blackburn Rovers za nieco ponad 2 mln euro). Do tego Gual i Ilja Szkurin. Łącznie klub zainkasował ponad 15 mln euro — i to Legia zarobiła latem na transferach więcej niż jakikolwiek inny klub w lidze, odpowiadając za blisko połowę wszystkich przychodów transferowych Ekstraklasy.
Problem w tym, że „zarobiła najwięcej" i „wzmocniła się" to dwie różne rzeczy.
Sprzedaż Morishity stała się symbolem. Najlepiej punktujący zawodnik poprzedniego sezonu odszedł za kwotę, którą komentatorzy Meczyki.pl nazwali żenująco niską jak na realia 2025 roku i największym rozczarowaniem całego okna wśród odejść wartościowych graczy Ekstraklasy. Padło przy tym słynne zdanie Zbigniewa Bońka, że w polskiej piłce „wiele rzeczy wynika po prostu z biedy". Trudno o lepsze podsumowanie sytuacji, w której mistrzowskie ambicje zderzają się z koniecznością sprzedaży kluczowego gracza za dwa miliony.
Za odchodzących przyszli zawodnicy tańsi albo w ogóle darmowi — Kacper Urbański, Kamil Piątkowski, Damian Szymański, Arkadiusz Reca, a rekordem okienka był Mileta Rajović za 3 mln euro. Model jest czytelny: sprzedać drogo tych, którzy się wybili, załatać skład tanio i liczyć, że ktoś znów wystrzeli i będzie go można sprzedać. To racjonalne finansowo, ale w praktyce oznacza, że Legia stała się klubem tranzytowym — przystankiem w drodze do lepszej ligi, a nie miejscem docelowym.
Nie da się tego zrozumieć bez zajrzenia do ksiąg. Zadłużenie Legii i spółki LTC na koniec czerwca 2025 wynosiło blisko 178 mln zł, a w bilansie ciąży skumulowana strata z lat ubiegłych rzędu 117 mln zł. Większość zobowiązań to pieniądze wobec właściciela i powiązanych funduszy, których terminy spłaty co roku są aneksowane. Klub trzyma się więc nie dzięki własnym przychodom, lecz dzięki temu, że Dariusz Mioduski rok po roku przesuwa spłatę.
W takim układzie transfery wyjściowe nie są luksusem — są tlenem. To one dostarczają realnej gotówki. Dlatego, gdy tylko któryś zawodnik osiąga cenę rynkową, presja, by go spieniężyć, jest ogromna.
Co dalej — i dlaczego może być gorzej
Najbliższy sezon 2026/27 Legia rozegra bez europejskich pucharów, co oznacza utratę kilkudziesięciu milionów przychodu. Sam klub w wewnętrznych analizach przyznaje, że będzie to rok bardzo trudny, a korzystny dotąd trend spadku zadłużenia może się zatrzymać. Bez pucharów rośnie za to pokusa, by dziurę w budżecie znów załatać sprzedażą — czyli by cykl się powtórzył.
I to jest sedno. Wartość rynkowa to nie wyrok, tylko fotografia. Fotografia pokazuje dziś klub, któremu najlepsi uciekają szybciej, niż zdąży zbudować kolejnych. Dopóki finanse wymuszają wyprzedaż, a rywale w tym czasie inwestują, ósme miejsce w rankingu wartości nie będzie anomalią. Będzie nową normą.
Roman Piech

