Iga Świątek przeżyła prawdziwy emocjonalny wstrząs podczas inauguracji Wimbledonu 2026. Trzecia rakieta świata, broniąca wywalczonego przed rokiem tytułu, zalała się łzami tuż po zakończeniu dramatycznego starcia z Taylor Townsend.
Początek meczu na korcie centralnym nie zwiastował katastrofy, gdy Polka pewnie wygrała pierwszego seta 6:1. Problemy zaczęły się w drugiej partii, w której Amerykanka błyskawicznie objęła prowadzenie 4:0, ostatecznie doprowadzając do wyrównania w całym spotkaniu. Kluczowy dla losów awansu okazał się pierwszy gem trzeciego seta. Trwał on aż 21 minut i składał się z 23 punktów, w trakcie których Świątek musiała bronić czterech break pointów. Ostatecznie 25-letnia Polka wygrała decydującą partię 6:3, ale po ostatniej piłce ukryła twarz w ręczniku, nie potrafiąc opanować szlochu.
Szczere wyznanie mistrzyni po wielkim kryzysie
Podczas wywiadu na korcie emocje wciąż brały górę nad sześciokrotną mistrzynią wielkoszlemową. Świątek przyznała, że ostatni czas był dla niej wyjątkowo trudny pod względem sportowym. „Nie jestem pewna, czy jestem w stanie teraz dużo mówić. To było ciężkie kilka tygodni. To nie jest sezon, w którym wszystko szło po mojej myśli. Chyba nie wygrałam w tym roku żadnego meczu trzysetowego, więc cieszę się, że udało mi się to tutaj” – wyznała szczerze Iga Świątek. Zawodniczka podkreśliła, że rola obrończyni tytułu otwierającej turniej wiązała się z ogromną presją.
Eksperci, w tym była mistrzyni Wimbledonu Marion Bartoli, zwracają uwagę na ogromną ulgę, jaka wymalowała się na twarzy Polki. Kluczem do sukcesu okazała się zmiana taktyki w krytycznym momencie, gdy Świątek przestała szukać ryzykownych uderzeń kończących na rzecz bezpieczniejszej gry. „Wiedziałam, że muszę być solidna i nie szukać winnerów czy serwisów, które od razu dadzą mi punkt. Grałam bezpieczniej, by mieć szansę na wymianę” – tłumaczyła tenisistka, która dzięki zachowaniu zimnej krwi w maratońskim gemie uniknęła sensacyjnego pożegnania z Londynem już w pierwszym dniu zawodów.
