GP Miami wyrasta na jeden z najbardziej nieprzewidywalnych weekendów w kalendarzu Formuły 1. Organizatorzy podjęli drastyczną decyzję o przesunięciu startu niedzielnego wyścigu z godziny 16:00 na 13:00 czasu lokalnego. Powód jest jasny: nad Florydę nadciągają gwałtowne burze, które mogą całkowicie sparaliżować rywalizację na torze. Dla Formuły 1 to scenariusz, na który sport nie jest w pełni przygotowany.
Kluczowym problemem są nowe opony o zmienionej charakterystyce. W tym sezonie średnica kół pozostała bez zmian, ale przednie opony zwężono o 25 mm, a tylne o 30 mm. Zmniejszono także ich profil. Dane z testów w Barcelonie i Japonii są alarmujące. Kierowcy Ferrari i Red Bulla sygnalizowali, że nowe ogumienie przejściowe bardzo trudno doprowadzić do odpowiedniej temperatury pracy. Powstaje efekt kuli śnieżnej: jeśli opona nie dostanie dość energii na starcie, traci ciepło i przestaje trzymać się nawierzchni.
Eksperyment przy prędkości 300 km/h
W odpowiedzi na te trudności, FIA i Pirelli wprowadziły w Miami nagłą zmianę przepisów. Temperaturę w kocach grzewczych dla opon przejściowych podniesiono z 60 do 70 stopni Celsjusza. To rozwiązanie czysto eksperymentalne. Simone Berra, główny inżynier Pirelli, przyznaje, że choć testy we Fiorano wypadły obiecująco, to dopiero jazda wszystkich jedenastu zespołów w warunkach wyścigowych pokaże, czy opony są bezpieczne i przewidywalne. Deszcz w Miami może stać się brutalnym sprawdzianem nowej konstrukcji.
Sytuację komplikuje fakt, że opony deszczowe na głęboką wodę wciąż wymagają dopracowania. Choć skutecznie odprowadzają wodę, błyskawicznie się przegrzewają. Często dochodzi do paradoksu: gdy warunki stają się na tyle trudne, by ich użyć, sędziowie i tak przerywają wyścig czerwoną flagą. Pirelli desperacko potrzebuje danych z Miami, by zrozumieć, jak opony zachowują się przy wysokich temperaturach powietrza i mokrej nawierzchni, zanim cyrk F1 przeniesie się do chłodniejszego Montrealu.
