FIA przetestowała w Bahrajnie nową, wydłużoną procedurę startową dla bolidów na sezon 2026. Dodatkowe pięć sekund między ustawieniem ostatniego auta a sygnałem startu ma pomóc kierowcom z końca stawki.
Zmiany są konieczne, ponieważ z jednostek napędowych zniknął system MGU-H. Wcześniej to on odpowiadał za rozkręcanie turbosprężarki przed startem. Teraz kierowcy muszą utrzymywać wysokie obroty silnika spalinowego, aby uzyskać odpowiednie ciśnienie doładowania. Mark Temple z McLarena przyznał, że pierwsze próby wypadły pomyślnie i rozwiały wcześniejsze obawy o bezpieczeństwo. Zespół z Woking, ustami szefa Andrei Stelli, był wcześniej jednym z najgłośniejszych krytyków nowej rzeczywistości, obawiając się problemów z płynnym ruszeniem z miejsca.
W padoku nie brakuje jednak napięć na tle politycznym. Ferrari, które wcześniej dostosowało projekt swojej turbosprężarki do nowych przepisów, nie widzi potrzeby wprowadzania drastycznych zmian. Lewis Hamilton podkreślił, że procedura jest po prostu dłuższa, a nie niebezpieczna. Brytyjczyk zauważył, że bez odpowiedniego przygotowania turbiny auta mogą częściej gasnąć przez system anti-stall. Włoska stajnia poświęciła inne parametry wydajności, by zoptymalizować starty, dlatego teraz niechętnie patrzy na modyfikacje regulaminu, które mogłyby pomóc nieprzygotowanym rywalom.
Max Verstappen również nie gryzł się w język, sugerując, że Red Bull Ford Powertrains świadomie podjął decyzje projektowe dotyczące turbiny. Holender stwierdził, że zespoły mające problemy powinny były pomyśleć o tym wcześniej. Mistrz świata zażartował nawet, że narzekający kierowcy mogą zawsze startować z alei serwisowej, by nie przeszkadzać innym. Valtteri Bottas z Cadillaca zauważył jednak, że dla zawodników z tyłu stawki czas na rozkręcenie turbo jest kluczowy, by w ogóle móc nawiązać walkę po zgaśnięciu czerwonych świateł.
