Tommy Paul wyrasta na jednego z głównych faworytów turnieju w Queen’s Clubie, ale to nie jego forma sportowa budzi największe emocje. Amerykanin, który wygrał tu tytuł w 2024 roku, po awansie do ćwierćfinału postanowił głośno upomnieć się o zmiany w światowym tenisie. Jego zdaniem obecny kalendarz krzywdzi zawodników najlepiej czujących się na nawierzchni trawiastej.
Obecnie sezon na trawie trwa zaledwie miesiąc, zaczynając się tuż po Roland Garros i kończąc wraz z finałem Wimbledonu. Jest to jedyna nawierzchnia w całym cyklu, która nie posiada turnieju rangi ATP Masters 1000. Paul, zajmujący 28. miejsce w rankingu, nie kryje frustracji tym faktem. Po pokonaniu Botica van de Zandschulpa 7:6(5), 6:3, zawodnik jasno zadeklarował, że nadszedł czas na wprowadzenie prestiżowej „tysiączki” na zielone korty.
Tradycja kontra nowoczesny kalendarz
Amerykanin zauważa pewien paradoks w narzekaniach tenisistów na przeładowany grafik. „To trudne, oczywiście ze względu na harmonogram. Narzekamy na zbyt dużą liczbę turniejów, a potem ja proszę o Masters 1000 na trawie. Ale nie widzę powodu, dla którego go nie mamy. Myślę, że tak właśnie zaczął się tenis. To tradycja. Uważam, że powinniśmy mieć turniej każdego szczebla na tej nawierzchni” – przyznał szczerze Tommy Paul.
Dla Paula gra na trawie to naturalne środowisko, co potwierdza seria siedmiu zwycięstw z rzędu w Queen’s Clubie. Tenisista podkreśla, że jego przewaga wynika z umiejętności poruszania się po śliskiej nawierzchni, co pozwala mu dobiegać do piłek, przy których inni tracą równowagę. Już w piątek Amerykanin powalczy o półfinał z Alejandro Davidovichem Fokiną, kontynuując marsz po odzyskanie trofeum, które zdobył dwa lata temu.
