Melbourne stało się areną bezprecedensowego starcia między FIA a zespołami Formuły 1. Zaledwie 150 minut przed rozpoczęciem trzeciego treningu, federacja ogłosiła usunięcie czwartej strefy DRS między zakrętami 8 i 9. Decyzja, którą Nikolas Tombazis określił mianem „drakońskiej”, miała być podyktowana względami bezpieczeństwa, jednak w padoku zawrzało od oskarżeń o manipulowanie wynikami i faworyzowanie słabszych ekip.
Zamieszanie zaczęło się po piątkowej odprawie kierowców, gdy część stawki zgłosiła obawy dotyczące stabilności aut przy otwartym tylnym skrzydle w szybkich łukach. FIA przeanalizowała dane i uznała, że aż siedem z jedenastu zespołów ma problem z dociskiem przedniej osi. Nagła zmiana uderzyła jednak w najmocniejszych, w tym Mercedesa i Ferrari, którzy dopracowali swoje bolidy tak, by pokonywać ten odcinek z pełną prędkością bez ryzyka utraty kontroli.
Polityczna wojna o milisekundy i energię
Przeciwnicy zmian argumentowali, że FIA próbuje sztucznie wyrównać szanse, karząc ekipy, które lepiej odrobiły zadanie domowe. Usunięcie strefy DRS wymusiłoby natychmiastową zmianę ustawień zawieszenia oraz całkowitą przebudowę strategii odzyskiwania energii. Producenci silników spędzili miesiące na optymalizacji systemów hybrydowych pod konkretny układ toru, a nagła modyfikacja zrujnowałaby ich pracę, drastycznie ograniczając ładowanie baterii przed dohamowaniem do dziewiątego zakrętu.
Ostatecznie, pod ogromną presją dyrektorów technicznych, FIA ugięła się i przywróciła pierwotny układ toru na niecałą godzinę przed sesją FP3. Federacja przyznała, że zespoły mające problemy z dociskiem powinny rozwiązać je we własnym zakresie poprzez zmianę setupu, a nie ogólnokrajowe interwencje. Cały incydent obnażył chaos w procesie decyzyjnym i pokazał, że nowe regulacje techniczne wciąż są placem budowy, na którym zasady zmieniają się w trakcie gry.
