Wimbledon wyrasta na główne pole bitwy o pieniądze w światowym tenisie. Aryna Sabalenka przewodzi wezwaniom do bojkotu turniejów wielkoszlemowych po tym, jak ujawniono, że zawodnicy otrzymują mniej niż 15 procent przychodów z French Open. Jak donoszą media, sytuacja jest napięta.
Inicjatywa Project Red Eye dąży do tego, aby cztery najważniejsze turnieje w kalendarzu zrównały udział zawodników w zyskach do poziomu 22 procent. Tyle obecnie oferują turnieje rangi ATP i WTA 1000. Profesor Rob Wilson, ekspert od finansów w sporcie, uważa, że władze All England Lawn Tennis and Croquet Club byłyby niemądre, gdyby całkowicie zignorowały te żądania. Jego zdaniem Wimbledon ogłosi wkrótce pulę nagród na rok 2026, która może zawierać znaczące podwyżki.
Podziały w szatni i brak jedności gwiazd
Mimo radykalnej postawy Sabalenki, środowisko tenisowe jest mocno podzielone. Iga Świątek oraz Emma Raducanu nie poparły pomysłu bojkotu, co osłabia pozycję negocjacyjną zawodników. Novak Djokovic wyraził ogólne wsparcie dla graczy, ale odmówił wezwania do rezygnacji ze startów. Z kolei Carlos Alcaraz pozostaje obojętny wobec całego zamieszania. Jannik Sinner zaznaczył jedynie, że czołowi tenisiści zasługują na większy szacunek, jednak brak związku zawodowego utrudnia wspólne działanie.
Rob Wilson przewiduje, że Wimbledon zdecyduje się na ruch wykraczający poza symboliczne kwoty. Ma to być sposób na uspokojenie nastrojów w szatni na kolejne lata. Choć osiągnięcie pułapu 22 procent wydaje się mało prawdopodobne, organizatorzy muszą zareagować na pęknięcia w relacjach z gwiazdami. Decyzja o wysokości nagród finansowych na nadchodzący turniej zapadnie w ciągu najbliższych tygodni i pokaże, czy presja wywierana przez Sabalenkę przyniosła skutek.
