Braulio Vazquez wyrasta na cichego bohatera Osasuny, a jego zimowe transfery dają klubowi z Pampeluny nadzieję na Europę. Tymczasem w San Sebastian Orri Oskarsson wreszcie zaczął strzelać.
Dyrektor sportowy Osasuny, Braulio Vazquez, wykazał się ogromną cierpliwością, wspierając trenera Alessio Lisciego w najtrudniejszym momencie sezonu. Zamiast zwolnienia szkoleniowca, postawił na wzmocnienia składu. Do drużyny dołączyli Raul Moro za 5 mln euro z Ajaxu oraz Javi Galan wypożyczony z Atletico Madryt. Efekty przyszły natychmiastowo. Wygrana z Celtą Vigo wywindowała zespół na dziewiąte miejsce w tabeli. Osasuna traci obecnie tylko cztery punkty do ekipy z Vigo, notując serię zaledwie jednej porażki w ostatnich siedmiu ligowych spotkaniach.
Zupełnie inne nastroje panują w Barcelonie, gdzie Espanyol przeżywa koszmarny początek 2026 roku. Trener Manolo Gonzalez jeszcze niedawno żartował z dziennikarzami o swoim ewentualnym zwolnieniu, ale po dotkliwej porażce 1:4 z Villarrealem nikomu nie jest już do śmiechu. Drużyna zdobyła zaledwie jeden punkt w sześciu ostatnich meczach, remisując jedynie z przedostatnim Levante. Gonzalez publicznie krytykuje swoich piłkarzy za brak agresji w grze i miękką postawę w kluczowych momentach. Jeśli zespół szybko się nie zresetuje, walka o utrzymanie stanie się brutalną rzeczywistością.
Na drugim biegunie znajduje się Orri Oskarsson z Realu Sociedad. Islandczyk, który kosztował 20 mln euro, długo nie mógł odnaleźć formy i miejsca w składzie. Przełamanie przyszło w idealnym momencie. Po zwycięskim golu w Pucharze Króla, napastnik trafił także w lidze, pieczętując szóste zwycięstwo ekipy Pellegrino Matarazzo w ośmiu meczach. Kibice na Anoeta przygotowali dla niego specjalną przyśpiewkę opartą na hicie Bad Bunny’ego. Wygląda na to, że Oskarsson w końcu uciekł z „cmentarza dziewiątek”, jak często określa się pozycję środkowego napastnika w klubie z San Sebastian.
