Mistrzostwa Świata 2026 mają przynieść FIFA ponad pięć miliardów dolarów czystego zysku — a to tylko część obrazu finansowego federacji, która nauczyła się monetyzować niemal każdy aspekt futbolowego święta, jednocześnie przenosząc znaczną część kosztów na barki miast-organizatorów.
Całkowity zaplanowany przychód FIFA na cykl czteroletni 2023–2026 wynosi 13 miliardów dolarów, z czego aż 8,9 miliarda ma wpłynąć do kasy federacji w samym roku mundialowym. Po odliczeniu kosztów operacyjnych po stronie FIFA — szacowanych na 3,7 miliarda dolarów — organizacja spodziewa się ponad pięciu miliardów dolarów czystego zysku. Jakub Białek, dziennikarz który przeanalizował te dane, rozkłada tę kwotę na konkretne strumienie przychodów.
Dominującą pozycją są prawa telewizyjne — 3,9 miliarda dolarów, czyli 44 procent całości wpływów. Jako ilustrację siły negocjacyjnej — lub jej braku — Białek przytacza historię umowy z chińską telewizją CCTV. FIFA startowała z żądaniem 300 milionów dolarów za jeden turniej, lecz ostatecznie podpisała kontrakt obejmujący cztery imprezy (dwa turnieje męskie i dwa żeńskie) za łączną sumę zaledwie 60 milionów dolarów.
Druga co do wielkości pozycja to bilety i loże VIP — trzy miliardy dolarów, 34 procent przychodów. Umowy sponsorskie domykają główne źródła dochodów kwotą 1,7 miliarda dolarów, czyli 20 procentami budżetu. Wśród partnerów federacji znaleźli się m.in. Coca-Cola, Adidas, Aramco, Hyundai/Kia, Visa i Lenovo, a samego turnieju — McDonald's, Bank of America, American Airlines czy Unilever.
Do tego dochodzą nowości. Po raz pierwszy w historii FIFA monetyzuje parkingi wokół stadionów — zjawisko dostosowane do głęboko zakorzenionej w Stanach Zjednoczonych kultury kibicowania zwanej tailgatingiem. Ceny za jedno miejsce parkingowe wahają się od 125 dolarów w Dallas, przez 225–250 dolarów w Nowym Jorku i Los Angeles, po rekordowe 620 dolarów za miejsce dla większego pojazdu w Filadelfii.
Bilet za 32 tysiące i rynek wtórny z 30-procentową prowizją
Polityka biletowa FIFA na MŚ 2026 wywołała szerokie oburzenie kibiców. Najdroższy bilet na finał dostępny w oficjalnej sprzedaży wyceniono na 32 970 dolarów — dla porównania analogiczny bilet na turniej w Katarze kosztował 1 550 dolarów. Najtańszy bilet na mecz reprezentacji Stanów Zjednoczonych wyceniono na 1 120 dolarów. Osobny sprzeciw wzbudziło wprowadzenie podkategorii określanej jako „front category one", obejmującej miejsca w pierwszych rzędach przy linii bocznej — sprzedawane za trzykrotność standardowej ceny kategorii pierwszej.
Obok oficjalnej sprzedaży FIFA uruchomiła własną legalną platformę odsprzedaży biletów, eliminując w ten sposób szarą strefę „koników". Mechanizm jest jednak szczególny: federacja pobiera 15 procent prowizji od każdej ze stron transakcji — łącznie 30 procent od wartości biletu. Platforma stała się areną absurdalnych wycen: Białek odnotowuje bilet na fazę grupową wystawiony za ponad milion dolarów oraz bilet na finał z ceną 11,5 miliona dolarów — przy takiej transakcji sama prowizja dla FIFA wyniosłaby ponad trzy miliony.
Miasta płacą, federacja inkasuje
Model kosztowy FIFA jest równie charakterystyczny, co dochodowy. Federacja finansuje wyłącznie działania operacyjne prowadzone bezpośrednio na stadionach oraz pulę nagród dla drużyn — wynoszącą miliard dolarów. Wszystkie pozostałe wydatki: zapewnienie bezpieczeństwa, organizacja transportu dla kibiców, budowa stref kibica czy rozwijanie infrastruktury — zostały przerzucone na miasta-organizatorów. Każde z nich musi przeznaczyć na ten cel od 100 do 200 milionów dolarów z własnych budżetów.
Co istotne, miasta mają ograniczone możliwości odrobienia tych strat przez własny marketing. FIFA zakazuje im bowiem podpisywania umów sponsorskich z firmami działającymi w branżach pokrywających się z kategoriami zarezerwowanymi przez oficjalnych partnerów federacji — a lista tych kategorii jest, jak podkreśla Białek, bardzo długa.
Mundial 2026 startuje już 11 czerwca. W pierwszym spotkaniu Meksyk zagra z RPA.
