Andy Murray przyznał, że zwycięstwo na Wimbledonie w 2013 roku nie przyniosło mu oczekiwanej radości. Po finale z Novakiem Djokoviciem czuł przede wszystkim ulgę i wyczerpanie, a sam był wtedy „chyba lekko rozczarowany”.
Murray przerwał wówczas 77-letnie oczekiwanie na brytyjskiego mistrza Wimbledonu. Jego triumf był radosnym momentem dla brytyjskiego tenisa i kibiców, a wcześniej wielu zaczynało wierzyć, że Wimbledon może już nigdy nie mieć brytyjskiego mistrza. W drodze po pierwszy tytuł na londyńskich kortach i drugi wielkoszlemowy w karierze pokonał między innymi Fernanda Verdasca, Jerzego Janowicza, a w finale Djokovicia. Rok wcześniej przegrał decydujący mecz z Rogerem Federerem, dlatego przed kolejną próbą skoncentrował się na zdobyciu trofeum tak mocno, że po jego wywalczeniu poczuł się przygaszony. O swoim doświadczeniu opowiedział Andy’emu Roddickowi w podcaście „Served”.
„To była ulga. Mówiłem już otwarcie, że chyba tak naprawdę nie cieszyłem się tą chwilą” – powiedział Murray. Po meczu był całkowicie wyczerpany; jak wspominał, zwykle po ważnym spotkaniu tenisista czuje przypływ adrenaliny, a on po około 30 minutach nie pamiętał, co się wydarzyło. Rozczarowanie nie dotyczyło wyniku, lecz wyobrażenia, że wygrana na Wimbledonie będzie końcem drogi i pozwoli mu „skompletować tenis”. „Życie toczy się dalej. Następnego dnia nadal trzeba iść na trening i przygotowywać się do kolejnych turniejów” – tłumaczył.
Po czasie Murray obiecał sobie, rodzinie i zespołowi, że jeśli ponownie znajdzie się w podobnej sytuacji, podejdzie do niej inaczej. Po turnieju w 2013 roku postanowił zmieniać swoje nastawienie za każdym razem, gdy będzie grał na Wimbledonie. Chciał cieszyć się sukcesem, spędzić czas z bliskimi i świętować, bo – jak zaznaczył – zwycięstwo „nie jest aż tak ważne”. W 2016 roku pokonał Milosa Raonica w finale Wimbledonu i w pełni przeżył triumf; uznał go za najprzyjemniejszą wygraną w karierze. Był to jego drugi tytuł na Wimbledonie i ostatni wielkoszlemowy triumf.
