Mainz wyrasta na jedną z największych rewelacji ostatnich miesięcy w Bundeslidze, a Phillip Tietz stał się twarzą tego niesamowitego odrodzenia. Choć napastnik sprowadzony w styczniu za 4 miliony euro długo zmagał się z niemocą strzelecką, jego dwa gole w sensacyjnie wygranym meczu z Hoffenheim uciszyły krytyków. Jak donoszą media, klub z Moguncji w niecałe cztery miesiące przesunął się z ostatniego miejsca w tabeli do walki o europejskie puchary.
Presja na 28-letnim zawodniku była ogromna, zwłaszcza że inni nowi gracze, jak Silas czy Sheraldo Becker, trafili do zespołu niemal za darmo. Tietz od momentu transferu wyszedł w podstawowym składzie we wszystkich trzynastu meczach ligowych, ale do sobotniego starcia miał na koncie tylko jedno trafienie i zmarnowany rzut karny. Mimo to trener Urs Fischer konsekwentnie na niego stawiał, doceniając tytaniczną pracę, jaką były reprezentant Niemiec U20 wykonuje z dala od pola karnego przeciwnika.
Brudna robota i zaufanie szatni
Dyrektor sportowy Niko Bungert przyznał po meczu, że wewnątrz klubu nikt nie robił problemu z braku goli Tietza. Według jego słów napastnik od pierwszego dnia podnosi poziom gry zespołu, wykonując tak zwaną brudną robotę i absorbując uwagę obrońców rywali. W starciu z Hoffenheim zawodnik w końcu odnalazł się w roli klasycznej dziewiątki, dwukrotnie wykorzystując dośrodkowania Phillippa Mwene. To był dopiero drugi dublet w jego karierze na poziomie Bundesligi, gdzie łącznie uzbierał 19 bramek.
Sam piłkarz nie ukrywał, że trudny okres i zmarnowane okazje, jak te w meczu ze Stuttgartem, mocno siedziały mu w głowie. Po końcowym gwizdku w Hamburgu celebrował sukces z córką Mary Lou oraz przyjacielem, który przyjechał specjalnie, by wspierać go z trybun. Mainz zdobyło aż 25 punktów w trzynastu meczach z Tietzem w składzie, co potwierdza, że zaufanie sztabu szkoleniowego przyniosło wymierne efekty w walce o najwyższe cele w lidze niemieckiej.
