Mercedes znalazł się w centrum kontrowersji podczas testów w Bahrajnie z powodu konstrukcji swojej jednostki napędowej. Rywale domagają się od FIA natychmiastowej zmiany procedur kontroli stopnia sprężania silników.
Szef stajni z Brackley, Toto Wolff, nie kryje irytacji nagłym zwrotem akcji w tej sprawie. Jeszcze niedawno Austriak był przekonany, że obecne rozwiązania techniczne nie zostaną zakwestionowane, jednak nasilony lobbing konkurencji zmienił układ sił. Inni producenci odbywają tajne spotkania i wysyłają listy do FIA, próbując wymusić modyfikację pomiarów. Wolff przyznaje otwarcie, że jeśli federacja oraz posiadacz praw komercyjnych poprą stanowisko rywali, Mercedes znajdzie się w bardzo trudnym położeniu przed startem sezonu w Australii.
Spór dotyczy stopnia sprężania 16:1, który Mercedes spełnia podczas testów statycznych, ale według konkurencji przekracza w trakcie jazdy na torze. Wolff podkreśla, że silnik budowano w ścisłej współpracy z FIA i dotąd uznawano go za w pełni legalny. Ewentualna zmiana przepisów na krótko przed datą homologacji, wyznaczoną na 1 marca, byłaby ciosem dla czterech zespołów korzystających z tych jednostek. Czasu na fundamentalne poprawki konstrukcyjne praktycznie już nie ma, co może drastycznie wpłynąć na osiągi bolidów.
Mimo napiętej atmosfery, szef Mercedesa wyklucza wejście na drogę sądową przeciwko władzom sportu. Twierdzi, że zysk z kontrowersyjnego rozwiązania to zaledwie dwa lub trzy konie mechaniczne, co określa jako wartość niemal pomijalną w skali całego wyścigu. Bardziej niepokoją go jednak nieprzewidywalne konsekwencje wprowadzania nowych regulacji w trakcie sezonu. Wolff obawia się, że taki precedens otworzy furtkę do manipulacji systemem wyrównywania osiągów silników i zmusi inżynierów do całkowitej zmiany kierunku rozwoju jednostek napędowych.
