To nie świat miał mistrzostwa. Miał je Donald Trump

Roman PiechRoman Piech
20 lipca 2026 17:29
To nie świat miał mistrzostwa. Miał je Donald Trump

Piłka nożna była zawsze okazją do tego, by na chwilę – na czas trwania potyczki na murawie – zapomnieć o wszystkim, co dzieli w polityce, ideologiach, kolorach flag. Mistrzostwa świata to zawsze było święto. Czasem brudne – polityka zawsze gdzieś tam dryfowała – ale nigdy tak blisko. Nigdy tak dobitnie. Aż do mundialu, który mieliśmy w Ameryce, a zdominował go człowiek, który nie był graczem, nie był kibicem, ale potrzebował być wszędzie tam, gdzie było światło reflektorów.

Konsolacyjna nagroda

Zanim piłka tknęła jeszcze boisko, FIFA robiła coś niezwykłego: stworzyła nagrodę, której wcześniej nigdy nie było. FIFA Peace Prize – nagroda za pokój. To sobie wymyślili specjalnie. Nigdzie wcześniej takiej nagrody nie było w historii piłki nożnej. Ale wtedy, zaraz po tym, jak Trump nie dostał Nobla (którego chciał bardziej niż czegokolwiek innego), FIFA magicznie wymyśliła nową nagrodę.

Trzeba było zaledwie trzech tygodni od porażki Trumpa w wyścigu o Nobla (którą zdobyła wenezuelska działaczka Maria Corina Machado), aby FIFA zdecydowała się na utworzenie całkiem nowego, wcześniej nieistniejącego wyróżnienia. Oficjele FIFA mówili, że byli zaskoczeni tą decyzją. Że nigdy nawet o tym nie dyskutowali. Że Infantino to ogłosił... po prostu.

Bez kryteriów. Bez kandydatów. Bez transparencji.

To była konsolacyjna nagroda dla człowieka, któremu świat odmówił Nobla. A FIFA powiedziała: no dobrze, to my ci damy coś innego. Może nie Nobel, ale FIFA Peace Prize – brzmi nieźle, prawda?

REKLAMA

Infantino wcześniej pisał na Instagramie, że Trump powinien mieć Nobla. Ale co tam słowa – teraz miał akcję. Nową nagrodę. Wymyśloną na miarę, bez konkurencji, z całym ceremoniałem na Kennedy Center. Trump, odbierając to wyróżnienie, powiedział, że to „jeden z wielkich honorów jego życia".

To byłoby śmieszne, gdyby nie było smutne.

Wiza jako karta przetargowa

Ale nagroda to było dopiero coś na rozgrzewkę. Rzeczywista kontrola zaczęła się wcześniej, już w zakulisach mundialowych przygotowań. Trump-administracja zaczęła używać polityki imigracyjnej jako narzędzia kontroli.

Jedno słowo: wiza.

Kibice z różnych krajów, oficjele, nawet sędziowie – wszyscy zależy od tego, czy Trump-administracja im pozwoli przyjechać. JD Vance, wiceprezydent, powiedział to bez owijania w bawełnę: „Oczywiście wszyscy są zaproszeni do tego niezwykłego wydarzenia, ale gdy się skończy turniej, będą musieli wyjechać. W innym wypadku będą musieli rozmawiać z sekretarz Noem" (znana z agresywnej polityki imigracyjnej).

Kiedy słyszysz takie słowa, rozumiesz, że mundial nie jest już turniejem piłki nożnej. To jest instrument władzy. To jest szantaż uprzywilejowanych: „Przyjedźcie, ale wiecie, że wyjście zależy od nas".

To było wyrafinowaną, zakamuflowaną kontrolą. Każdy obcokrajowiec wiedział, że jest tu na warunkach Trumpa.

Iran i gra psychologiczna

Zanim piłka potoczyła się na boisku, Trump już pisał ultimatum na Truth Social. Irańska reprezentacja, która sprawiedliwie zakwalifikowała się do turnieju, otrzymała od niego ostrzeżenie: macie prawo przyjść, ale „dla waszego bezpieczeństwa i życia" lepiej nie przychodzcie.

To nie była gościnność gospodarza. To była gra psychologiczna. Trump, przemycając geopolitykę w każdym słowie, uczynił mundial polem bitwy za pośrednictwem piłkę. Kiedy Iran odpowiedział (słusznie), że FIFA, a nie pojedynczy kraj, decyduje o turniejach, wszyscy już wiedzieliśmy: polityka nie będzie czekać do przerwy.

Kibice, którzy chcieli po prostu oglądać mecze, czuli się jak przymusowymi świadkami przejęcia. To miało być święto futbolu. Okazało się być przedstawieniem, w którym Trump był i reżyserem, i głównym aktorem, i wśród publiczności, krzyknąwszy: „Patrzcie na mnie!"

Szantaż wobec Iranu był tak oczywisty – tak brutalne szczery – że nie było już możliwości udawać, że to po prostu turniej piłki nożnej.

Groźby wobec Bostonu. Szantaż w stylu Trump

Potem przyszły groźby wobec Bostonu. Trump, na konferencji prasowej w Białym Domu, powiedział, że może wycofać mecze z Bostonu. Powód? „Niebezpieczne warunki" i fakt, że Michelle Wu (demokratka) nie wystarczająco się mu poddaje.

„Możemy je wycofać" – powiedział. „W ciągu dwóch sekund".

To nie było spekulacją. To było bezpośrednim szantażem: „Podporządkuj się, lub zabiorę turniej".

Kiedy prezydent USA grozi miastu, że zabierze międzynarodową imprezę sportową, o ile nie zadowoli się administracją – to jest już koniec pretensji do tego, że to sport. To jest polityka. Czysta, niekryjąca się polityka.

Balogun i zmieniony regulamin

Potem przyszła ta rozmowa. Trump przyznał publicznie, że dzwonił do Gianniego Infantino – prezesa FIFA – aby zaprotestować przeciwko czerwonej kartce dla zawodnika reprezentacji USA, Folarina Balogun. Bo oczywiście.

To była malutka rzecz dla otoczenia. Jedna decyzja sędziego, jedna rozmowa. Ale w tym momencie każdy zrozumiał ostatecznie: tutaj nie ma żadnych reguł. Tutaj nawet sędzia patrzy w stronę Białego Domu. Tutaj sport jest koniec.

FIFA zawiesiła karę, którą Balogun powinien był odbyć w następnym meczu. To naruszało regulamin FIFA. To był precedens. Belgia protestowała, mówiąc, że to „wygląda jak żart z 1 kwietnia". Ich trener powiedział, że to podważa uczciwość turnieju.

To nie były już tylko „plotki" o wpływach czy o bliskich relacjach Trumpa z Infantino. To był dowód w działaniu. Pokazanie, że można podnieść słuchawkę, że można zmienić regułę gry po to, żeby twoja drużyna miała lepszą szansę.

CNN napisało, że ta interwencja Trumpa „podniosła kontrowersję o arbitraż na poziom incydentu międzynarodowego otaczającego najpopularniejszą sportową imprezę na świecie".

Wielu kibiców w tym momencie wyczuło smak goryczki.

Finał, który skradł show

A potem przyszła ta ostatnia scena. Finał. Hiszpania zdobywająca puchar, grając w piśnie o emocje, o sen setek tysięcy ludzi. Moment, który powinien był należeć do nich – do drużyny, do kraju, do czystej radości zwycięstwa.

Trump, w swoim charakterystycznym stylu, odmówił zejścia ze sceny. Nie odstąpił miejsca. Infantino prawie biegł w jego stronę, mówiąc non verbis: „Proszę, odejdź".

I tutaj stało się. W jednym momencie, jednostkowym geście – Trumpem, który nie chce puścić szans, by być w centrum – złożył się cały turniej. Cały dramat seansu.

To było nie to, że Trump stał na scenie. To było to, że musiał stać. Że nawet mundial musiał czekać, aż się pewnie poczuje. Że spektakl musiał być zawsze o nim.

Mundial obojętności

To właśnie przepędziło wielu fanów. Nie były to wielkie sprawy. Fani, którzy zwykle wyczekiwali mundiali jak na Bożego Narodzenia, siedli na kanapach i czuli się... dziwnie. Nie rozdrażnieni do złości. Po prostu obojętni. Bo obojętność robi się wtedy, kiedy czujesz, że coś, co było twoje, już nie należy do ciebie.

Wiele osób nie chciało oglądać tego mundialu. To był mundial Trumpa, a nie całego świata.

Epilog. Kiedy wygrywa ten, kto nie gra

Futbol zawsze był nieco polityczny. Nieważne czy o to chodziło, czy nie – flagi, hymny, kolor koszulek to wszystko nosi zawsze sens poza boiskiem. Ale istniała cisza, umowa społeczna: na tych 90 minut, w tych czterech liniach, panuje prawo boiska, nie prawo polityki.

W 2026 roku ta cisza pękła. Rozpadła się jak stary papier. I choć już trudno ją skleić, wielu kibiców wie, że nie będzie już taka sama.

Trump zjadł mundial. Nie dlatego, że był tym najgłośniejszy – byłoby to do zniesienia. Ale dlatego, że wszyscy musieli słuchać tylko jego. I to, czy drużyna zdobyła puchar, czy nie – to już było drugorzędne. Coś poszło nie tak.

Roman Piech

Udostępnij artykuł:

Komentarze (0)

Publikując komentarz, zgadzasz się na przetwarzanie podanej nazwy i treści, które będą widoczne publicznie. Zobacz Politykę prywatności.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!