Właściciel mistrzów Polski, Przemysław Termiński, zabrał głos w sprawie planowanej reformy finansowej w PGE Ekstralidze. Jego zdaniem samo wprowadzenie procentowego limitu wydatków to za mało. – Limit powinien wynosić 60 procent budżetu, ale nie więcej niż 15 milionów złotych – podkreśla działacz.
Dyskusja dotyczy nowego regulaminu stabilności finansowej, który ma obowiązywać w kolejnych sezonach. Celem zmian jest ochrona klubów przed nadmiernym zadłużaniem się i upadkami finansowymi.
Procent to za mało? Termiński chce twardego progu
Zgodnie z obecnymi założeniami, kluby mogłyby przeznaczać na pierwszą drużynę 65–70 procent budżetu. Przekroczenie limitu skutkowałoby brakiem możliwości zgłoszenia największych gwiazd do rozgrywek.
Przemysław Termiński popiera samą ideę stabilizacji finansowej, ale ostrzega przed skutkami ubocznymi. W jego opinii brak dodatkowego, kwotowego ograniczenia może pogłębić różnice między najbogatszymi a resztą ligi.
– Dziś budżety większości klubów to około 23–24 miliony złotych. Przy limicie 60 procent daje to mniej więcej 14 milionów złotych na drużynę. My za podobną kwotę zbudowaliśmy mistrzowski skład w 2025 roku – przypomina właściciel PRES Grupy Deweloperskiej Toruń.
Obawy przed „ligą dwóch prędkości”
Zdaniem Termińskiego kluczowe jest wprowadzenie maksymalnego pułapu, który obowiązywałby wszystkich bez wyjątku. Proponuje zapis: 60 procent budżetu, ale nie więcej niż 15 milionów złotych.
Działacz ostrzega, że bez takiego zabezpieczenia reforma może przynieść odwrotny skutek. Jeśli jeden z klubów dysponowałby budżetem rzędu 40 milionów złotych, mógłby przeznaczyć na skład znacznie więcej niż rywale, co przełożyłoby się na sportową dominację.
– Czy naprawdę ma sens system, w którym jedna drużyna może mieć skład droższy o kilkanaście milionów złotych od innych? – pyta retorycznie Termiński.
W PGE Ekstralidze nie ma jednak jednomyślności. Bogatsze ośrodki skłaniają się ku niższym limitom procentowym, wiedząc, że i tak zachowają przewagę finansową. Z kolei słabsze kluby wolą wyższe progi, by nie stracić szansy w walce o kontrakty największych gwiazd.
Debata wokół reformy dopiero się rozkręca, ale jedno jest pewne – kształt nowych przepisów może zadecydować o tym, czy żużlowa elita pozostanie wyrównana, czy stanie się rozgrywkami kilku uprzywilejowanych drużyn.
