Ronald Araujo po raz pierwszy publicznie opowiedział o swoich problemach ze zdrowiem psychicznym. Kapitan Barcelony wrócił do gry po miesięcznej przerwie, którą poświęcił na walkę z depresją.
Urugwajczyk przyznał, że kryzys narastał w nim od półtora roku. Choć starał się być silny, czuł, że nie jest sobą ani na boisku, ani w życiu prywatnym. Punktem zwrotnym okazała się czerwona kartka w meczu z Chelsea. To wtedy obrońca zrozumiał, że musi poprosić o pomoc profesjonalistów. W powrocie do równowagi pomogła mu praca ze specjalistami, wsparcie rodziny oraz duchowa pielgrzymka do Jerozolimy, którą określił jako kluczowy moment swojej rekonwalescencji.
Piłkarz ujawnił mroczne kulisy sławy i wpływ mediów społecznościowych na życie jego bliskich. Wspomniał sytuację, gdy jego żona płakała, czytając w internecie życzenia śmierci pod adresem ich córek. Araujo podkreślił, że choć on sam stara się izolować od hejtu, cierpienie rodziny jest dla niego dewastujące. Zauważył, że kibice często zapominają, iż za statusem gwiazdy i pieniędzmi kryje się człowiek, który ma swoje uczucia i zmaga się z ogromną presją.
W procesie wychodzenia z dołka kluczową rolę odegrały władze klubu. Araujo najpierw zaufał Deco, który natychmiast zaangażował prezydenta i trenera. Hansi Flick wykazał się ogromnym zrozumieniem, wysyłając zawodnikowi wspierające wiadomości i dając mu czas na spokojny powrót do zdrowia. Mimo trudnych chwil, Urugwajczyk nie planuje zmiany otoczenia. Czuje się w Barcelonie jak w domu i zamierza wypełnić kontrakt obowiązujący do 2031 roku, wierząc, że najgorszy etap ma już za sobą.
