Sabrina Wittmann wyrasta na jedną z najciekawszych postaci w niemieckiej piłce. Jako pierwsza kobieta w historii objęła stery w zawodowym męskim klubie, prowadząc Ingolstadt w 3. Lidze. Jak donoszą media, jej pozycja w zespole jest stabilna, a klub niedawno przedłużył z nią kontrakt.
Droga Wittmann do pierwszej drużyny wiodła przez zespół do lat 19. W 2024 roku zastąpiła Michaela Köllnera, początkowo jako trenerka tymczasowa. Szybko udowodniła swoją wartość, wygrywając Puchar Bawarii i zapewniając drużynie awans do DFB Pokal. Obecnie Ingolstadt zajmuje 12. miejsce w tabeli, a Wittmann kontynuuje misję, którą wcześniej w innych krajach podejmowały takie pionierki jak Corinne Diacre we Francji czy Carolina Morace we Włoszech.
Autentyczność zamiast twardej ręki
Podczas spotkania z mediami Wittmann podkreśliła, że dorastała w otoczeniu mężczyzn, co ułatwiło jej wejście do szatni. Trenerka stawia na naturalność i nie próbuje na siłę udawać kogoś twardszego niż jest w rzeczywistości. Przyznaje, że bywa bardziej miękka niż mężczyźni, ale pozostaje konsekwentna w swoich decyzjach. Jej zdaniem kluczem do sukcesu jest silna osobowość i pewność siebie, która pozwala jej budować autorytet bez zbędnego krzyku czy sztucznego dystansu wobec zawodników.
Mimo sukcesów Wittmann musi mierzyć się z ciemną stroną profesjonalnego sportu. Choć twierdzi, że dziewięć na dziesięć opinii na jej temat jest pozytywnych, to te negatywne bywają najgłośniejsze. Trenerka doświadczyła ataków w mediach społecznościowych oraz wyzwisk na stadionach. Porównuje swoją sytuację do Bibiany Steinhaus, pierwszej sędzi w Bundeslidze, zauważając, że rola arbitra jest jeszcze trudniejsza. Wittmann stara się jednak ignorować hejt i skupiać na pracy, która może otworzyć drzwi kolejnym kobietom w niemieckiej piramidzie piłkarskiej.
