Wyścigi w Melbourne, Szanghaju i Suzuce brutalnie zweryfikowały przygotowania stajni do nowej ery Formuły 1. Mercedes zdominował początek rywalizacji, wygrywając wszystkie trzy pierwsze Grand Prix. Tymczasem ekipy Williamsa i Aston Martina zmagają się z ogromnymi problemami, które stawiają ich przyszłość w tym sezonie pod znakiem zapytania.
Mercedes powrócił na szczyt w stylu znanym z 2014 roku. Ich jednostka napędowa jest obecnie bezkonkurencyjna, co pozwoliło Kimiemu Antonelliemu oraz George’owi Russellowi zdominować stawkę. Antonelli, jadący swój drugi sezon, wygrał dwa z trzech wyścigów i pokazuje dojrzałość, która zaskoczyła ekspertów. Toto Wolff studzi jednak nastroje, twierdząc, że przewaga może stopnieć wraz z poprawkami rywali w Miami.
Upadek potęgi i techniczny koszmar
Red Bull, który dominował w poprzednich latach, wygląda na całkowicie zagubionego. Choć ich własny silnik Red Bull-Ford spisuje się przyzwoicie, samo podwozie jest wadliwe i trudne do ustawienia. W Japonii bolid Maxa Verstappena był o sekundę wolniejszy na okrążeniu od Mercedesa. Sytuację pogarsza fakt, że kluczowi inżynierowie, jak Gianpiero Lambiase, ogłosili już odejście z zespołu do 2028 roku.
Prawdziwą katastrofę przeżywa Aston Martin po przejściu na silniki Hondy. Zespół niemal nie jeździł w testach, a w Australii drgania jednostki napędowej były tak silne, że raniły nadgarstki kierowców. Fernando Alonso zdołał ukończyć wyścig w Japonii tylko dzięki prowizorycznym rozwiązaniom. Mike Krack przyznaje wprost, że przed stajnią z Silverstone znajduje się góra lodowa problemów do rozwiązania.
Na drugim biegunie znajduje się Haas, który sensacyjnie zajmuje czwarte miejsce w klasyfikacji konstruktorów. Najmniejszy zespół w stawce wykorzystał potknięcia gigantów, a Oliver Bearman wyrasta na naturalnego następcę Lewisa Hamiltona w Ferrari. Sama stajnia z Maranello zajmuje drugie miejsce w tabeli, choć Fred Vasseur przyznaje, że ich mniejsza turbosprężarka daje przewagę na starcie, ale generuje stratę na dystansie całego wyścigu.
