Niedzielne starcie Paris Saint-Germain z Olympique Marsylia miało być wizytówką Ligue 1, ale brutalnie obnażyło dystans dzielący oba kluby. Choć wynik 2:1 sugeruje zaciętą walkę, na boisku dominacja gości nie podlegała dyskusji.
Paryżanie, mimo powolnego wejścia w sezon, co pod wodzą Luisa Enrique stało się już tradycją, kontrolowali przebieg wydarzeń. Drużyna ze stolicy broni tytułu mistrzowskiego oraz pucharu Ligi Mistrzów, a ich obecna forma ma być jedynie etapem budowania szczytowej dyspozycji na maj. W Marsylii nastroje są zgoła odmienne – klub po latach ryzyka finansowego dysponuje wąską kadrą i musi godzić grę w lidze z występami w Lidze Europy. Efekt jest opłakany, bo Les Phocéens osiedli w strefie spadkowej.
Anthony Clement na łamach L’Équipe nie gryzł się w język, porównując to spotkanie do meczu 1/32 finału pucharu, w którym amatorzy cieszą się, że uniknęli pogromu. Marsylia miała swoje szanse, zwłaszcza gdy w 77. minucie czerwoną kartkę obejrzał Timothy Weah, jednak Neal Maupay i Nayef Aguerd zmarnowali dogodne okazje w końcówce.
Zamiast nienawiści, po końcowym gwizdku widzieliśmy empatię. Luis Enrique serdecznie wyściskał trenera rywali, Bruno Génésio, a na konferencji prasowej otwarcie go wspierał. „Mają bardzo dobrego trenera; jestem pewien, że zrobią postępy” – przyznał szkoleniowiec PSG. Takie słowa w ustach trenera największego rywala najlepiej świadczą o tym, że sportowa temperatura tego zestawienia drastycznie spadła.
Podczas gdy PSG umacnia swoją pozycję, inne kluby Ligue 1 przechodzą przez gwałtowne zmiany. W Lens doszło do nietypowego dla tego klubu chaosu, czego efektem było zwolnienie trenera Dino Toppmöllera. Z kolei OGC Nice, dzięki wygranej 2:1 nad Lille, zdołało wydostać się z czerwonej strefy, spychając do niej właśnie ekipę z Marsylii. Dla drużyny z południa Francji nadchodzące tygodnie będą walką o przetrwanie, która z marzeniami o potędze nie ma już nic wspólnego.
