Formuła 1 stoi na krawędzi technologicznego przełomu, który zamiast entuzjazmu budzi coraz większy opór. Planowane na 2026 rok silniki, oparte w połowie na napędzie elektrycznym, miały przyciągnąć gigantów i zabezpieczyć przyszłość sportu. Rzeczywistość okazuje się jednak brutalna, a lista problemów rośnie z każdym miesiącem.
Zasada podziału mocy 50/50 między silnik spalinowy a elektryczny miała być przynętą na producentów. Choć Audi i General Motors zdecydowały się na wejście, bilans strat jest bolesny. Renault już zrezygnowało z produkcji własnych jednostek, a Honda, współpracująca z Aston Martinem, zmaga się z ogromnymi trudnościami. Nawet Stefano Domenicali, szef F1, który nazywał nowe przepisy „przyszłością sektora motoryzacyjnego”, musi mierzyć się z falą krytyki zalewającą media społecznościowe.
Kierowcy kpią z nowych zasad
Najmocniejsze uderzenie przyszło ze strony samych zawodników. Charles Leclerc bez ogródek porównał nadchodzące wyścigi do „Mario Kart”, nawiązując do sztuczności i przesadnego skupienia na zarządzaniu energią. Carlos Sainz wskazuje natomiast, że aktywne systemy aerodynamiczne to jedynie „plastry” naklejane na wadliwą koncepcję. Zamiast uproszczenia konstrukcji poprzez usunięcie elementu MGU-H, sport brnie w niespotykaną dotąd złożoność, która może zabić widowisko.
Historia Formuły 1 zna już podobne przypadki. W 1954 i 1961 roku drastyczne zmiany przepisów silnikowych również budziły sprzeciw i prowadziły do dominacji pojedynczych stajni. Obecnie stawka jest jednak wyższa, bo oparta na amerykańskich sponsorach i oczekiwaniach wykładniczego wzrostu widowni. Jeśli fani odwrócą się od „sztucznego” ścigania, optymistyczne prognozy finansowe Toto Wolffa i władz ligi mogą błyskawicznie lec w gruzach.
