Atletico Madryt wyrasta na potęgę, której Tottenham Hotspur nie był w stanie się przeciwstawić w szalonym meczu Ligi Mistrzów. Drużyna Diego Simeone wygrała 5:2, ale wynik nie oddaje w pełni dramatyzmu, jaki rozegrał się na Metropolitano. To był wieczór, w którym błędy indywidualne przyćmiły czystą sportową rywalizację.
Początek spotkania przypominał egzekucję, a nie mecz elitarnych rozgrywek. Już w 6. minucie Antonin Kinsky poślizgnął się, co wykorzystał Marcos Llorente, otwierając wynik po podaniu Juliana Alvareza. Osiem minut później kolejny błąd, tym razem Micky’ego van de Vena, pozwolił Antoine’owi Griezmannowi podwyższyć na 2:0. Gdy w 15. minucie Kinsky minął się z piłką, a Alvarez trafił do pustej bramki, cierpliwość Igora Tudora się skończyła. Bramkarz Tottenhamu został natychmiast zdjęty z boiska, a jego miejsce zajął Guglielmo Vicario.
Festiwal błędów i bezlitosna skuteczność Atletico
Mimo wejścia Włocha, Atletico nie zwalniało tempa. Robin Le Normand dobił strzał Griezmanna, ustalając wynik na 4:0 jeszcze przed upływem drugiego kwadransa. Tottenham odpowiedział trafieniem Pedro Porro, ale po przerwie Julian Alvarez ponownie uciekł obrońcom i w 55. minucie zdobył swoją drugą bramkę. Diego Simeone zdecydował się wtedy na wzmocnienie defensywy, wprowadzając piątego obrońcę, co nieco uspokoiło grę gospodarzy.
W końcówce spotkania Jan Oblak popełnił błąd przy wyprowadzeniu piłki, co pozwoliło Dominikowi Solanke strzelić drugiego gola dla gości. Choć Tottenham zdobył dwie z ostatnich trzech bramek w meczu, trzybramkowa zaliczka stawia Atletico w komfortowej sytuacji przed rewanżem. Aż cztery z siedmiu goli padły po rażących błędach, które rzadko ogląda się na tym poziomie rozgrywek. Diego Simeone może być zadowolony z pressingu i skuteczności swoich zawodników.
