Coco Gauff wyrasta na jedną z najbardziej nieustępliwych postaci w kobiecym tenisie. Amerykanka przyznała, że zignorowała wyraźne zalecenia swojego sztabu i zdecydowała się na start w Miami Open. Decyzja zapadła mimo problemów zdrowotnych, które zmusiły ją do kreczu w poprzednim turnieju w Indian Wells. Jak donoszą media, sytuacja była na tyle poważna, że większość jej współpracowników domagała się wycofania z rywalizacji.
Problemy zaczęły się podczas meczu z Alexandrą Ealą, gdy światowa numer cztery utykała na korcie i ostatecznie poddała spotkanie. Badanie rezonansem magnetycznym wykazało, że ból ma podłoże nerwowe. To właśnie te wyniki wywołały ogromny niepokój w zespole tenisistki. Gauff ujawniła jednak, że skorzystała z prawa weta. Przyznała otwarcie, że chciała udowodnić swojemu sztabowi, że się myli, bojąc się, że po ewentualnej porażce usłyszy od nich wymowne: „a nie mówiłem”.
Ryzykowna gra o wysoką stawkę
Dwukrotna mistrzyni wielkoszlemowa nie ukrywa, że jest osobą upartą. Przypomniała sytuację z ubiegłego sezonu, gdy zespół odradzał jej wylot do Chin, a ona ostatecznie wygrała tamtejszy turniej. W Miami Gauff przeszła już pierwszą przeszkodę, pokonując Elisabettę Cocciaretto 4-6, 6-3, 6-4. Mimo zwycięstwa, jej gra była daleka od ideału. Amerykanka popełniła aż 11 podwójnych błędów serwisowych i 39 niewymuszonych błędów, co pokazuje, że uraz wciąż może mieć wpływ na jej dyspozycję.
Tenisistka podkreśla, że woli zaryzykować porażkę na korcie niż spędzić trzy tygodnie przed telewizorem, żałując braku podjęcia próby. Twierdzi, że woli „torturować się” przez jeden dzień meczowy niż znosić frustrację z powodu absencji. Teraz przed nią starcie z rodaczką Alycią Parks. Gauff spodziewa się trudnej przeprawy, zaznaczając, że obie zawodniczki znają się od lat i trenowały na tych samych publicznych kortach w okolicy Miami.
