Starcie na Alte Försterei miało być dla St. Pauli przepustką do ucieczki ze strefy spadkowej i awansu na piętnaste miejsce w tabeli. Zamiast wielkiego świętowania, kibice zobaczyli twardą walkę o każdy metr boiska, która zakończyła się remisem 1:1. Wynik ten nie zadowala nikogo, a sytuacja gości stała się jeszcze trudniejsza przez wydarzenia z samej końcówki spotkania.
Błysk Ilića i koszmar kapitana w końcówce
Mecz zaczął się od mocnego uderzenia gości, gdy Mathias Pereira Lage uciszył berlińskie trybuny fenomenalnym wolejem z dystansu. Union, prowadzony przez Steffena Baumgarta, odpowiedział dopiero po przerwie. Andrej Ilić najwyżej wyskoczył do dośrodkowania z rzutu rożnego i głową skierował piłkę do siatki. Serb był najjaśniejszym punktem gospodarzy, raz po raz nękając defensywę rywali, w której od pierwszej minuty wystąpili Adam Dźwigała oraz Karol Mets.
Prawdziwy dramat St. Pauli rozegrał się jednak tuż przed ostatnim gwizdkiem sędziego. Jackson Irvine, kapitan i lider zespołu, w krótkim odstępie czasu obejrzał dwie żółte kartki i musiał opuścić murawę. To fatalna wiadomość dla trenera Alexandra Blessina, ponieważ Australijczyk nie pomoże drużynie w nadchodzącym, niezwykle trudnym starciu z Bayernem Monachium na Millerntor. Osłabienie środka pola może okazać się kluczowe w walce o utrzymanie.
W bramce gości dwoił się i troił Nikola Vasilj, który kilkoma interwencjami, w tym niesamowitą podwójną obroną strzałów Burke'a i Köhna, uratował punkt dla swojej ekipy. Mimo jego starań i ambitnej postawy Arkadiusza Pyrki, St. Pauli nie zdołało przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść. Brak skuteczności w ofensywie sprawia, że widmo decydującego o wszystkim meczu z Wolfsburgiem w ostatniej kolejce staje się coraz bardziej realne.
