Wimbledon reaguje na narastający bunt zawodników i ogłasza rekordową pulę nagród w wysokości 64,2 mln funtów na tegoroczny turniej. Jak donoszą media, to gwałtowny wzrost o ponad 10 mln funtów względem poprzedniego roku, który ma uspokoić nastroje w szatniach ATP i WTA.
Mimo że kwoty robią wrażenie, udział zawodników w przychodach turnieju wynosi obecnie 14,4 proc., co wciąż nie spełnia żądań gwiazd takich jak Aryna Sabalenka czy Jannik Sinner. Tenisiści domagali się poziomu 16 proc., jednak ogłoszony wzrost o 20 proc. jest największym skokiem w historii londyńskiej imprezy. Zwycięzcy turniejów singlowych zainkasują po 3,6 mln funtów, natomiast zawodnicy odpadający w pierwszej rundzie mogą liczyć na 80 tys. funtów, co jest kluczowe dla graczy z niższymi rankingami.
Widmo bojkotu oddala się od Londynu
Sytuacja na Wimbledonie jest znacznie lepsza niż podczas niedawnego Roland Garros, gdzie zawodnicy w ramach protestu masowo opuszczali konferencje prasowe po 15 minutach. Grupa zawodnicza w oficjalnym oświadczeniu dla The Guardian przyznała, że docenia ten ruch: „Czołowi gracze ATP i WTA witają ogłoszenie Wimbledonu jako autentyczny i znaczący krok naprzód. Pytanie nigdy nie dotyczyło tego, czy inwestycje turnieju są wartościowe, ale czy sportowcy, których występy napędzają globalny sukces wydarzenia, powinni otrzymywać sprawiedliwy udział w jego ogromnym wzroście finansowym”.
Dyrektor turnieju Jamie Baker nie ukrywa frustracji debatą o bojkocie, ale finansowe fakty przemawiają na korzyść Londynu. Triumfator Wimbledonu zarobi o ponad milion funtów więcej niż Mirra Andreeva i Alexander Zverev za zwycięstwo w Paryżu. Dla wielu brytyjskich tenisistów z dzikimi kartami wypłata za sam start w pierwszej rundzie, wyższa o 5 tys. funtów niż we Francji, będzie kluczowa dla sfinansowania reszty sezonu. Choć spór o procentowy udział w zyskach trwa, widmo paraliżu turnieju zostało zażegnane.
