Anderlecht i Gent rozpoczęły w czwartek walkę o fazy grupowe europejskich pucharów. Obie drużyny grały na wyjazdach i obie wracają do domów z remisami, które pozostawiają kwestię awansu otwartą.
Anderlecht udał się do Sztokholmu na mecz eliminacji Ligi Europy z Hammarby. Spotkanie zaczęło się idealnie, bo już w szóstej minucie Danylo Sikan wyprowadził gości na prowadzenie. Z czasem inicjatywę przejęli jednak Szwedzi, którzy są w rytmie meczowym dzięki trwającym rozgrywkom ligowym. Sytuacja skomplikowała się w 79. minucie, gdy czerwoną kartkę obejrzał reprezentant Kanady Nathan Saliba. Osłabiony zespół nie utrzymał przewagi, a wyrównującego gola dla gospodarzy strzelił wprowadzony z ławki Frank Junior Adjei.
Bicie głową w mur na polskim stadionie
W tym samym czasie Gent rywalizował w eliminacjach Ligi Konferencji z ukraińskim LNZ Czerkasy. Mecz odbył się w Polsce, gdzie belgijski zespół dominował przez większość czasu. Statystyki są jednoznaczne: Gent oddał aż dziesięć celnych strzałów, ale żaden z nich nie znalazł drogi do siatki. Mimo ogromnej przewagi i wielu okazji, spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem. Drużyna zachowała czyste konto, co daje im solidne podstawy przed rewanżem na własnym stadionie w przyszłym tygodniu.
Sytuacja obu klubów przed decydującymi starciami jest jednak diametralnie różna. Anderlecht w przypadku niepowodzenia w Lidze Europy ma zapewniony margines błędu, natomiast dla Gent porażka w nadchodzącym rewanżu oznacza definitywny koniec marzeń o występach w Europie w tym sezonie. Belgowie muszą teraz udowodnić swoją wyższość przed własną publicznością, aby uniknąć bolesnego rozczarowania już na starcie kwalifikacji. Wszystko rozstrzygnie się w rewanżach, gdzie atut własnego boiska ma być kluczowy.
