Aryna Sabalenka przyznała wprost, że jest w szoku po tym, jak potraktowali ją organizatorzy turnieju Miami Open. Liderka światowego rankingu wygrała swój mecz drugiej rundy z Ann Li 7:6, 6:4, ale styl, w jakim doszło do rozegrania tego spotkania, wywołał u niej ogromne wzburzenie. Deszczowa aura nad Hard Rock Stadium doprowadziła do organizacyjnego chaosu, który uderzył bezpośrednio w najlepszą tenisistkę świata.
Problemy zaczęły się, gdy z powodu opadów mecze przekładano i odwoływano. Sabalenka usłyszała od władz turnieju, że jej występ może zostać przesunięty na sobotę lub przeniesiony na boczny kort Butch Buchholz. Białorusinka nie ukrywała zdziwienia, że w ogóle rozważano anulowanie jej meczu w piątek. Padły konkretne nazwiska. Tenisistka publicznie zapytała, dlaczego Carlos Alcaraz i Joao Fonseca nie mogli po prostu zacząć swoich zmagań później, by zwolnić miejsce na korcie głównym.
Konflikt interesów na szczycie rankingu
Czterokrotna mistrzyni wielkoszlemowa podkreśliła, że nigdy wcześniej nie spotkała się z podobną sytuacją. Choć ostatecznie zgodziła się na grę na mniejszym obiekcie, by zachować dzień przerwy na regenerację, niesmak pozostał. Sabalenka zauważyła, że turniej kierował się sprzedażą biletów, stawiając sesję wieczorną z udziałem Alcaraza ponad jej interesem. 27-latka zaznaczyła, że sytuacja była trudna, bo organizatorzy musieli wybierać między dwiema „jedynkami” światowych list.
Mimo zamieszania wokół kortu i godziny rozpoczęcia gry, Sabalenka zdołała zachować koncentrację i wyeliminować sklasyfikowaną na 39. miejscu Ann Li. Teraz liderka rankingu przygotowuje się do kolejnego wyzwania na Florydzie. W trzeciej rundzie Miami Open jej przeciwniczką będzie Caty McNally, zajmująca obecnie 72. lokatę w zestawieniu WTA. Białorusinka liczy, że tym razem obejdzie się bez kontrowersyjnych propozycji ze strony sędziów i dyrekcji turnieju.
