Trwający turniej Cincinnati Open stał się zarzewiem kolejnego potężnego konfliktu w świecie tenisa. Choć zawodniczki i zawodnicy rywalizują na tych samych kortach i w tym samym formacie meczowym, ich czeki na koniec imprezy będą się od siebie drastycznie różnić. Sytuacja jest o tyle napięta, że liderzy światowych rankingów, Jannik Sinner oraz Aryna Sabalenka, otwarcie domagają się sprawiedliwego podziału przychodów, sugerując radykalne kroki.
Dysproporcja finansowa w Cincinnati rzuca się w oczy już przy pierwszej analizie tabeli płac. Zwycięzca turnieju ATP zainkasuje 1 151 380 dolarów, podczas gdy triumfatorka zmagań WTA otrzyma jedynie 1 085 220 dolarów. Różnica pogłębia się na niższych szczeblach drabinki – za odpadnięcie w pierwszej rundzie mężczyźni dostają ponad 24 tysiące dolarów, a kobiety zaledwie 16 tysięcy. To budzi sprzeciw, zwłaszcza że w przeciwieństwie do turniejów wielkoszlemowych, w Cincinnati obie płcie grają mecze do dwóch wygranych setów.
Walka o równe płace i groźba bojkotu
Presja na władze tenisa rośnie, a czołowi gracze nie zamierzają ustępować. Pojawiły się doniesienia, że największe gwiazdy mogą być gotowe do wycofania się z najważniejszych wydarzeń w kalendarzu, jeśli ich postulaty finansowe zostaną zignorowane. Obecna sytuacja w Cincinnati wynika częściowo z mniej lukratywnych kontraktów telewizyjnych dla rozgrywek kobiecych, jednak WTA już wcześniej złożyło obietnicę wyrównania stawek w turniejach łączonych do 2027 roku.
Władze kobiecego tenisa podkreślają, że proces ten musi być rozłożony w czasie, aby zachować stabilność finansową dyscypliny. „Zwiększenie środków będzie następować stopniowo, aby zapewnić, że zmiany będą trwałe dla zawodniczek i turniejów w dłuższej perspektywie” – brzmiało oświadczenie WTA sprzed trzech lat. Plan zakłada, że turnieje rangi 1000 i 500 osiągną parytet płac najpóźniej do 2033 roku, ale dla obecnych liderek rankingu to wciąż zbyt odległa perspektywa.
