Honda zmaga się z poważnym kryzysem w Formule 1, który może bezpośrednio zaszkodzić jej operacjom w MotoGP. Od pięciu lat obie dywizje działają w ramach jednej struktury Honda Racing Corporation (HRC), co w obliczu problemów technicznych staje się ogromnym obciążeniem.
Problemy jednostki napędowej w bolidzie AMR26 zespołu Aston Martin wyszły na jaw podczas GP Australii. Adrian Newey otwarcie punktuje wady silnika, które uniemożliwiły normalne testy. Podczas gdy Mercedes pokonał w Bahrajnie ponad 21 tysięcy kilometrów, dwa auta napędzane przez Hondę przejechały zaledwie 2111 km. Lance Stroll i Fernando Alonso nie ukończyli pierwszego wyścigu sezonu, a kierowcy skarżą się na wibracje przenoszone na ręce, które Kanadyjczyk porównał do rażenia prądem na krześle.
Wspólna struktura pułapką dla motocyklistów
Przedstawiciele Hondy potwierdzają, że kłopoty w F1 wymuszą przesunięcie zasobów. „W MotoGP to zdecydowanie będzie miało efekt. Mamy tę samą strukturę co F1, a natychmiastowe wysiłki zostaną teraz skupione na rozwiązaniu tamtego problemu” – przyznaje jeden z dyrektorów w rozmowie z Autosportem. Dzieje się to w najgorszym możliwym momencie, gdy japoński producent zaczął notować progres na dwóch kołach, zdobywając w zeszłym roku o 35% więcej punktów niż wcześniej.
Decyzja Koji Watanabe o połączeniu działów w 2022 roku miała przynieść synergię i pomóc MotoGP wyjść z dołka dzięki technologii z F1. Dziś ta zależność budzi niepokój personelu technicznego. Specyfika japońskiej kultury korporacyjnej sprawia, że nikt nie kwestionuje odgórnych rozkazów, a priorytetem staje się teraz ratowanie wizerunku w wyścigach samochodowych kosztem obiecujących wyników Joana Mira na torach motocyklowych.
