Olympique Marsylia zremisował 2:2 ze Strasbourg w pierwszym meczu po odejściu Roberto De Zerbiego. Choć gospodarze prowadzili już dwoma golami, fatalna końcówka i rzut karny w doliczonym czasie gry odebrały im zwycięstwo.
Atmosfera na Stade Vélodrome od początku była gęsta. Kibice z grup ultras zbojkotowali początek spotkania, zostawiając puste trybuny i wywieszając transparenty uderzające w McCourta oraz Longorię. Gdy fani w końcu się pojawili, Mason Greenwood szybko dał im powód do radości. Anglik w 14. minucie wykorzystał podanie Amine Gouiriego i technicznym lobem pokonał Pendersa. Marsylia kontrolowała przebieg zdarzeń, a po przerwie Gouiri sam wpisał się na listę strzelców, podwyższając wynik na 2:0 po błędzie belgijskiego bramkarza gości.
Strasbourg nie zamierzał się jednak poddawać i pod wodzą Gary'ego O'Neila ruszył do odrabiania strat. Kontaktową bramkę w 70. minucie zdobył Sébastien Nanasi, co wyraźnie podcięło skrzydła piłkarzom prowadzonym tymczasowo przez Jacquesa Abardonado. Goście napierali, a defensywa OM zaczęła popełniać proste błędy. W samej końcówce Emerson sfaulował w polu karnym Yacine Gessime, a sędzia Francois Letexier bez wahania wskazał na jedenasty metr. Joaquin Panichelli zachował zimną krew i pewnym strzałem pokonał Gerónimo Rulliego, ustalając wynik meczu.
Ten remis smakuje dla Marsylii jak porażka i tylko potęguje narastający konflikt na linii klub-kibice. Po niedawnej klęsce 0:5 z PSG, zespół miał wrócić na właściwe tory, ale zamiast tego zanotował kolejny bolesny upadek. Pierre-Emile Højbjerg dwoił się i troił, ratując nawet piłkę z linii bramkowej, jednak to nie wystarczyło, by zatrzymać rozpędzony Strasbourg. Piłkarze schodzili do szatni przy akompaniamencie ogłuszających gwizdów, które jasno pokazują, że projekt w Marsylii znajduje się obecnie w fazie całkowitej autodestrukcji.
