Andrey Rublev dotarł do Indian Wells po dramatycznej i wyczerpującej podróży z Dubaju. Rosyjski tenisista, wraz z Daniilem Medvedevem i Karenem Khachanovem, został uziemiony w Zjednoczonych Emiratach Arabskich z powodu wybuchu konfliktu w regionie. Sportowcy musieli szukać alternatywnych dróg ucieczki, aby zdążyć na pierwszy w sezonie turniej rangi ATP Masters 1000 w Kalifornii.
Logistyczny koszmar zmusił zawodników do pokonania trasy samochodem do Omanu, skąd prywatnym odrzutowcem udali się do Turcji, a dopiero później w stronę Stanów Zjednoczonych. Rublev przyznał w rozmowie z Sofyą Tartakovą, że jest skrajnie wyczerpany nie tylko samą drogą, ale i nagłą zmianą stref czasowych. Mimo to 28-latek stara się zachować spokój, podkreślając, że nauczył się nowych rzeczy, jak choćby procedur przekraczania granicy z Omanem w tak nietypowych okolicznościach.
Walka z czasem i zmęczeniem przed debiutem w Indian Wells
Siedemnasta rakieta świata nie zamierza jednak szukać usprawiedliwień w trudnej przeprawie przez Bliski Wschód. Rublev zauważył, że w tenisie wczesny przyjazd i idealne przygotowanie nigdy nie gwarantują sukcesu, tak samo jak dotarcie na miejsce w ostatniej chwili nie musi oznaczać porażki. Rosjanin w Dubaju dotarł do półfinału, gdzie uległ Tallonowi Griekspoorowi, a teraz w Kalifornii czeka go starcie z Gabrielem Diallo, który w pierwszej rundzie wyeliminował Mattię Bellucciego.
Podczas gdy loty w Emiratach pozostawały wstrzymane od soboty, Rublev zamiast panikować, postawił na regenerację w bani i wizyty w restauracjach, czekając na rozwiązanie sytuacji. Tenisista zaznaczył, że nie ma sensu martwić się rzeczami, na które nie ma się wpływu. Teraz skupia się wyłącznie na piątkowym meczu, ignorując fakt, że do Kalifornii dotarł dopiero w środę wieczorem. Jego podejście jest jasne: trzeba pracować z tym, co się ma.
