Emma Raducanu wyrasta na jedną z największych zagadek tegorocznego sezonu, a jej sytuacja w rankingu WTA staje się krytyczna. Brytyjka przystępuje do turnieju w Miami z nożem na gardle, walcząc o utrzymanie pozycji, którą budowała przez ostatnie dwanaście miesięcy. Jeśli nie powtórzy ubiegłorocznego sukcesu, jej marzenia o rozstawieniu w nadchodzących turniejach wielkoszlemowych prysną niczym bańka mydlana.
Tenisistka musi bronić aż 215 punktów wywalczonych za ubiegłoroczny ćwierćfinał w Miami. Porażka na wczesnym etapie zepchnie ją poza czołową trzydziestkę dwójkę rankingu, co oznacza brak rozstawienia podczas French Open oraz Wimbledonu. Sytuacja jest o tyle trudna, że mączka w Paryżu nigdy nie była jej atutem, a powracające problemy zdrowotne i urazy regularnie krzyżują jej plany treningowe oraz startowe w tym roku.
Bolesna lekcja siły w Indian Wells
Ostatni występ w Indian Wells obnażył brutalną prawdę o obecnej formie Raducanu. Porażka 1:6, 1:6 z Amandą Anisimovą była dla Brytyjki wstrząsem, po którym sama przyznała, że rywalka dysponowała znacznie większą siłą ognia. Tenisistka podkreśliła w rozmowie ze Sky Sports, że serwis przeciwniczki był o 10 mil na godzinę szybszy, a ona sama czuła się bezradna, nie mogąc nawiązać równorzędnej walki w wymianach z głębi kortu.
Mimo druzgocącej przegranej, Raducanu stara się szukać pozytywów w swoim pierwszym meczu w Kalifornii, który oceniła jako jeden z lepszych w ostatnim czasie. Teraz cała uwaga skupia się na Florydzie. Turniej w Miami to dla niej ostatni dzwonek, by uratować ranking i udowodnić, że zapowiedzi o rywalizacji z najmocniej uderzającymi zawodniczkami w tourze nie są jedynie pobożnym życzeniem. Kolejne potknięcie może oznaczać bardzo bolesny spadek.
