Wisła Płock kończy sezon z ósmym miejscem w tabeli, ale w klubie wszyscy wiedzą, że prawdziwa praca dopiero się zaczyna — Marcin Kamiński jako jeden z pierwszych mówi głośno, czego Nafciarze potrzebują latem, żeby ten wynik nie okazał się sufitem możliwości.
Miniony sezon pokazał Wiśle Płock coś, o czym wiedzą wszyscy pretendenci do górnej części tabeli: wąska kadra w decydującym momencie potrafi zniszczyć nawet najlepiej zbudowaną pozycję. Płocczanie przekonali się o tym boleśnie wiosną, gdy jeden po drugim wypadali kluczowi zawodnicy — Marin Karamarko, Jimenez, Iban Salvador czy Łukasz Sekulski. Do tego doszło odejście Andriasa Edmundssona, który po błyskotliwej jesieni otrzymał ofertę z Serie A.
Kamiński wspomina tę historię z rozbrajającą szczerością:
„Gdyby po awansie do Ekstraklasy ktoś powiedział Ediemu, że już po pół roku będzie jednym z najlepszych stoperów w lidze i pojawi się dla niego oferta z Serie A, pewnie kazałby tej osobie udać się do lekarza."
Dla Wisły oznaczało to jednak konieczność łatania dziury w obronie w środku sezonu — i choć Nemanja Mijušković wywiązał się z zadania poprawnie, był innym typem zawodnika, co wymusiło modyfikację całego systemu gry.
Recepta Kamińskiego na nadchodzące okno transferowe jest konkretna: Nafciarze potrzebują kadry na tyle szerokiej i jakościowej, by seria kontuzji nie zachwiała drużyną w kluczowym momencie.
„Można przejść przez cały sezon w niezmienionej jedenastce, ale czasami może wypaść pięciu zawodników" — mówi obrońca, przywołując dla porównania Lecha Poznań, gdzie zastępstwo za zawodnika w gorszej formie przychodziło naturalnie.
Kamiński ma jednak do klubu apel wykraczający poza same transfery. Przestrzega przed pułapką wygórowanych oczekiwań, która potrafi zniszczyć to, co przez rok mozolnie budowano.
„Nie może być tak, że po zajęciu ósmego miejsca w tym sezonie za rok będzie się od nas wymagać piątej pozycji" — mówi wprost, podkreślając, że priorytetem powinno być ustabilizowanie Wisły w Ekstraklasie, a nie skakanie ambicjami o kilka szczebli za wysoko.
W całym tym letnim układaniu puzzli jest jeszcze jeden znak zapytania — sam Kamiński. Obrońca, który rozegrał ponad 3000 minut i trafił do grona pięciu najlepszych stoperów ligi, ma kontrakt jeszcze na rok, ale nie składa żadnych deklaracji.
„W życiu piłkarza nie można być niczego pewnym. Dziś powiem, że zostaje, a zaraz może się coś wydarzyć i będę gdzie indziej" — przyznaje szczerze.

