Max Verstappen wyrasta na głównego krytyka nadchodzących zmian w Formule 1. Holenderski kierowca Red Bulla nie szczędzi mocnych słów pod adresem nowych regulacji silnikowych, nazywając je otwarcie „Formułą E na sterydach”. Choć po interwencji władz zespołu jego publiczny przekaz stał się bardziej stonowany, za kulisami wciąż wrze. Verstappen uważa, że obecny kierunek rozwoju serii jest po prostu błędny i zabija ducha rywalizacji.
Stefano Domenicali, szef Formuły 1, przyznał w rozmowie z Autosportem, że regularnie rozmawia z Verstappenem o jego obawach. Włoch podkreśla, że szanuje zdanie mistrza, ale zawodnik musi zrozumieć szerszy kontekst biznesowy. Decyzje o elektryfikacji zapadały pięć lat temu, gdy branża motoryzacyjna panicznie uciekała od spalinowych jednostek. Dziś sytuacja wygląda inaczej, a przykład Renault, które zdecydowało się odejść z cyklu, pokazuje, jak nieprzewidywalni są producenci.
Powrót do korzeni uratuje przyszłość Verstappena?
W padoku coraz głośniej mówi się o powrocie do silników V8 z mniejszym komponentem elektrycznym w kolejnym cyklu regulacyjnym. Taki scenariusz popiera nie tylko Verstappen, ale i Ford. Domenicali sugeruje, że przyszłość F1 po 2030 roku może opierać się na paliwach zrównoważonych i mocnych silnikach spalinowych. To mogłoby przekonać Holendra do pozostania w sporcie, choć on sam nie ukrywa, że nie zamierza ścigać się do czterdziestki.
Kluczowe będą najbliższe lata i ewentualne poprawki przepisów na sezon 2027. Verstappen podczas wydarzenia w Amsterdamie zaznaczył, że walczy o zmiany nie tylko dla siebie, ale dla przyszłych pokoleń kierowców. Chce, aby Formuła 1 pozostała prawdziwym sportem, a nie pokazem technologii, która nie pasuje do wyścigów. Jeśli FIA i F1 nie znajdą kompromisu, cierpliwość czterokrotnego mistrza świata może się szybko wyczerpać.
